„Wieczny początek” Szady, czyli marcowe rozczarowanie

Dla miłośnika i badacza-amatora Poniemiecji wydawnictwo Czarne było ostatnio bardzo miłe. Jeszcze pod koniec zeszłego roku ukazało się „Poniemieckie” Karoliny Kuszyk, udana opowieść o Ziemiach Zachodnich, w tym szczególnie tych położonych nad Odrą, od Wrocławia po Szczecin. Kilka dni temu swoją premierę miał też reportaż Beaty Szady o Warmii i Mazurach o trafnym tytule „Wieczny początek”. To cytat z prac socjolożki Beaty Fatygi, która pisze o klęsce wiecznego zaczynania od nowa, częstej w życiu mieszkańców regionu. Trafność kończy się jednak na tytule, bo książka Szady to moje marcowe rozczarowanie. Słaba konstrukcyjnie (czemu geograficzno-historyczny opis regionu trafia do postscriptum?), językowo mierna, refleksyjnie płytka, a do tego zwyczajnie nieciekawa. W kilku rozdziałach słyszymy niemal te same historie, oparte na schemacie idylla przedwojenna – ucieczka (zwana fluchtem) – niepewność powojnia i wahania czy wyjeżdżać, czy zostać. Zmieniają się tylko nazwiska. Czytamy historie dziurawe, tak jak w opowieści o przejmowaniu kościołów ewangelickich przez katolików, opowiadanej prawie wyłącznie z perspektywy tych drugich. Niektórych zaś zupełnie nie ma, tak jak akcji „Wisła”, w wyniku której do warmińskich i mazurskich wsi i miast trafiły dziesiątki tysięcy nowych mieszkańców. Obserwacje autorki, np. te dotyczące rzekomo większego niż na Dolnym Śląsku niezakorzenienia mieszkańców w krajobrazie, są często nietrafione, a wartościowanie w rodzaju nawyku nazywania radzieckich żołnierzy „Ruskimi” czyni tekst nieprzekonującym. Tylko dwa rozdziały tej książki przeczytałem z zainteresowaniem: opowieść o katastrofalnym dla opcji polskiej plebiscycie z 1920 roku i ten o rozbieraczach, czyli ludziach, którzy z pozyskiwania ze starych domów dachówek, cegieł i desek zrobili dobrze działający interes. Tę ostatnią możecie zresztą przeczytać w Magazynie Pismo (https://magazynpismo.pl/rzeczywistosc/reportaz/rozbieracze-warmia-cegla-domy-rozbiorka/) i może dobrze, bo do sięgnięcia po całą książkę Beaty Szady nie zachęcam.

Polskie Dziedzictwo. Część 2

Mamy w Polsce największy na świecie klasztor cystersów, zespół większy od Wawelu, czy Zamku Królewskiego w Warszawie. Dolnośląskie opactwo w Lubiążu to budynek gigant, o 300 salach, kilometrach korytarzy i kilkuhektarowym dachu, które mogłoby być jednym z turystycznych skarbów Polski. Nie jest, bo na jego utrzymanie miast milionów jest najwyżej kilkaset tysięcy dotacji, a na co dzień opiekuje się nim niewielka fundacja. Chciała Lubiąż oddać skarbowi państwa, ale ten zwleka, bo to nowa odpowiedzialność, nowi pracownicy, słowem odezwiemy się do państwa. To tylko jeden z licznych przypadków zaprzepaszczenia polskiego dziedzictwa, które opisywałem w poprzednim wpisie (http://ablogeracja.pl/?p=66). W skrócie zabytki, jak jeszcze istnieją, należą do dziesiątek instytucji, bardziej lub mniej kompetentnych, jedne są na utrzymaniu wiejskich gmin, inne najbogatszej w kraju metropolii i tak dalej, i tak dalej. Pisałem, że nie musi tak, być, dzisiaj więc pokaże Wam jak to robią inni i czego można się od nich nauczyć.

Przykład 1. English Heritage (EH).

Jeśli byliście kiedyś w Londynie, to możecie kojarzyć charakterystyczne, niebieskie tablice na budynkach, które informują nas, kto w danym domu żył, albo co tu się ważnego zdarzyło. Fajny system, bo spójny dla całego miasta, ale opieka nad nim to tylko ułamek działalności najciekawszego chyba systemu mecenatu państwa nad dziedzictwem, czyli English Heritage. W obecnej formie istnieje od niedawna, bo od 2015 roku, a formalnie to jedna z największych fundacji na Wyspach, która ma, uwaga, milion trzysta tysięcy członków. Słowem jakieś dwa procent ludności Zjednoczonego Królestwa płaci składkę członkowską (membership), która wynosi obecnie 60 funtów dla dorosłego ROCZNIE. Co w zamian? Bezpłatny wstęp do ponad 400 miejsc, którymi zarządza English Heritage, czyli do pałaców, zamków, czy też na Wał Hadriana, który znajduje się na liście UNESCO. Fundatorem EH jest państwo i to ono dba o najwyższy poziom działalności, jest więc wspólna służba konserwatorska, są bardzo dopracowane programy edukacyjne, które oparte są na ogólnokrajowych przemyśleniach. Przecież wiele wyzwań jest wspólne dla setek budynków/muzeów, co widać nawet na bardzo podstawowym poziomie: łatwiej i taniej wypracować, jeden, dobry sposób składania katalogu, niż zatrudniać setki grafików w wielu instytucjach. Na koniec dodam, że English Heritage prowadzi też bardzo ciekawy program udostępniania zabytkowych budynków na noclegi. W tym celu pozyskują np. zagrody pasterskie, remontują je zgodnie z zasadami sztuki, a potem wynajmują, a z zysków utrzymują mniej dochodowe budynki. Więcej o tym tutaj: https://www.english-heritage.org.uk/visit/holiday-cottages/

Przykład 2. National Park Service.

Jak słyszycie park narodowy, to pewnie przychodzą Wam do głowy drzewa i góry. Mi też, ale to dlatego, że urodziłem się w Europie. W Ameryce oraz na przykład Bliskim Wschodzie status parku narodowego może mieć też zabytek, czy, i to szczególnie ciekawe, historyczne wydarzenie, czy kulturowy fenomen. Parkiem narodowym w Stanach jest więc oczywiście Yellowstone, ale też dom Martina Luthera Kinga i jego okolice, spora część centrum Filadelfii ze względu na tamtejsze wydarzenia czasu amerykańskiej rewolucji i kawałek Nowego Orleanu, gdzie można odwiedzić park narodowy jazzu. Nad wszystkimi tymi miejscami czuwają rangerzy, czyli strażnicy, pracownicy federalnej Służby Parków Narodowych. Co ważne, mimo, że noszą oni mundury i broń (welcome to the USA) to są świetnie wyszkoleni wiedzowo, i tak, w zależności od typu parku, są rangerzy-przyrodnicy i rangerzy-historycy. Za ich przygotowanie odpowiada państwo na najwyższym szczeblu, czyli Departament Spraw Wewnętrznych, więc nie ma, że jeden stan ma na zabytki i parki pięć dolarów, a drugi pięć milionów. To zbyt ważne zasoby, żeby się nimi przerzucać, a przecież dokładnie tak jest u nas w przypadku Lubiąża.

Przykład 3. Národní památkový ústav.

Przykłady pierwszy i drugi łatwo zbić argumentem, że to Wielka Brytania, że Stany, że setki milionów, że nie było zaborów i komuny etc. Pomijając już fakt absurdu części tych argumentów, a także to, że u nas sporo zasobów się marnuje, bo ich dystrybucja jest fatalna, to powiem po prostu Czechy. Znany chwyt, działający w przypadku np. ochrony zdrowia, czy transportu publicznego, działa też tu: Czesi pokazują, że w stosunkowo podobnych warunkach jak polskie, da się. To da się nazywa się Národní památkový ústav, działa od 2003 roku i jest stosunkowo podobne do English Heritage. Czyli też zarządzają najważniejszymi zabytkami w kraju (choć jako instytucja, nie fundacja), a do tego, jak kiedyś w Wielkiej Brytanii, prowadzą rejestr zabytków oraz merytorycznie wspierają właścicieli zabytków. Tę ostatnią funkcję w Polsce wypełnia z dużymi sukcesami Narodowy Instytut Dziedzictwa, który wydaje całkiem fajne poradniki, czy prowadzi szkolenia. Niestety kompetencje NIDu tylko potwierdzają jaki w polskim systemie ochrony dziedzictwa mamy bajzel. Czy NID zarządza jakimiś zabytkami, chociaż przecież jest merytorycznie przygotowany? Skądże. To może prowadzi ewidencję? Nie, to robią rządowe służby konserwatorskie poprzez skrajnie niedofinansowane urzędy wojewódzkie, chociaż to właśnie NID od dekad ma całe archiwum informacji o poszczególnych zabytkach. Instytut więc doradza i choć robi to dobrze, to wygląda na to, jakby ustawodawca chciał mieć ciastko i zjeść ciastko, czyli powołać nowe ciało, ale niespecjalnie odbierać komuś innemu kompetencje.

 

Czas na Polskie Dziedzictwo

Te trzy przykłady pokazują, że może działać, i to moim zdaniem działać dobrze, rządowa instytucja odpowiedzialna za kluczowe dziedzictwo kraju. Instytucja wyznaczająca standardy i likwidująca problem rozmytej, bo rozłożonej na setki podmiotów odpowiedzialności za zabytki. Tworząc jeden poważny budżet na utrzymanie publicznego dziedzictwa można byłoby też położyć kres patologii polskiego systemu dotowania renowacji zabytków. Teraz, prócz oczywistego problemu niedofinansowania, do jednego konkursu stają publiczne instytucje i prywatnych właścicieli. Często gros środków zgarniają i tak utrzymywane ze wspólnych pieniędzy muzea, a prywatna reszta zostaje na lodzie. Taka nowa instytucja to też jedyna szansa dla wielu zabytków obecnie opuszczonych, których gminy nie są w stanie utrzymać, a potencjalni inwestorzy woleliby przypadkowy pożar i pozwolenie na rozbiórkę, niż jakiekolwiek prace remontowe. Mecenatem państwa można byłoby więc objąć nie tylko Lubiąż, ale też na przykład unikatową, drewnianą, dawniej żydowską karczmę w podbieszczadzkiej Górzance.  Tylko, czy gdy trzeba sprostać wyzwaniom katastrofy klimatycznej, a na horyzoncie wyludnienie kraju i zapaść systemu emerytur ktokolwiek będzie chciał się zajmować zabytkami przeszłości?

Polskie Dziedzictwo, czyli jak sensowniej zarządzać naszymi zabytkami

Koniec roku to dla wielu czas podsumowań i podejmowania zobowiązań na kolejny rok. Jak podsumować sprawy dziedzictwa kulturowego w 2019 roku? Że wyremontowano x kamienic w x miastach? Że otwarto nowe muzea, w tym zaledwie kilka dni temu Muzeum XX. Czartoryskich? Ale przecież w tym samym czasie dokonało żywota x+100 kamienic i innych zabytków, w których nigdy już nie otworzy się żadne muzeum. Właśnie tak jak w dawnych zakładach lniarskich Websky, Hartmann & Wiesen AG w dolnośląskim Walimiu, które dwa tygodnie temu się, nomen omen, zawaliły. Podsumować więc trudno, bo zasadniczych zmian nie było, a ochrona polskiego dziedzictwa jest, jak od lat, dziurawa. Może więc jakieś zobowiązanie? Uważam, że potrzebujemy zupełnie nowego podejścia do zabytków i pewnie nowej ustawy (o kilku postulatach pisałem m.in. Tu: http://ablogeracja.pl/?p=21), ale to rzecz pewnie na lata, przy priorytetach naszej polityki, podobnie jak prawie każdej, traktującej dziedzictwo jako rodzaj zbędnej ozdoby, może nawet niemożliwa do spełnienia. Czeka nas więc metoda drobniejszych kroków i jeden pomysł-zobowiązanie na 2020 rok, którym chciałbym się podzielić. To wizja nowej organizacji pod roboczą nazwą „Polskie Dziedzictwo”, która, na wzór brytyjskich i czeskich odpowiedników, miałaby przejąć pieczę nad najważniejszymi obiektami narodowego dziedzictwa. Żeby zrozumieć dlaczego uważam taką organizację za potrzebną, spójrzmy na kilka problemów obecnego zarządzania zabytkami. Doprecyzuję, że chodzi mi tu o te w mecenacie samorządu i państwa, bo żeby na serio zająć się tymi w gestii prywatnej czy kościelnej potrzebujemy wspomnianych wyżej zmian systemowych.

Problem 1. Nieuporządkowana własność.

Osoby zaangażowane w przygotowanie reformy samorządowej w 1999 roku często opowiadają, że rywalizowały wtedy ze sobą dwa środowiska – ci, którzy stawiali na silne samorządy i ci, którzy preferowali zarządzanie centralne. Strony nie doszły do pełnego porozumienia i dlatego mamy kompromisowy system mieszany, w którym przy dość dużych kompetencjach samorządów istnieje kontrola państwa, najlepiej widoczna w zdublowaniu administracji wojewódzkiej (czyli marszałek i wojewoda, wyznaczany przez premiera). O ile jednak w przypadku administracji można mówić o autonomii instytucji wzmacniającej demokrację, to w przypadku zabytków widoczny jest po prostu brak pomysłu na opiekę nad naszym wspólnym dziedzictwem. Zabytkowe pałace, rezydencje czy zamki podlegają albo ministrowi kultury albo lokalnemu samorządowi, temu i temu jednocześnie, rządowym agencjom (vide Baranów Sandomierski w rękach Agencji Rozwoju Przemysłu, sic), wojsku (poprzez Agencję Mienia Wojskowego), czy państwowym spółkom. To częściowo spadek po PRLu, ale po trzech dekadach po jego upadku już naprawdę najwyższy czas na zmiany.

Problem 2. Niejasne lub luźne powiązania

Kontynuując temat chaosu organizacyjnego warto też wspomnieć o zgubnym, moim zdaniem, systemie filii muzealnych. Chodzi o sytuację takich miejsc jak Pałac Radziwiłłów w Nieborowie, jeden z najlepiej zachowanych barokowych gmachów w centralnej Polsce, który podlega oddalonemu o prawie 90 kilometrów Muzeum Narodowemu w Warszawie. Taka sytuacja jest obciążeniem dla obydwu stron, bo niedoinwestowane Muzeum Narodowe rzadko znajduje środki dla nieborowskiej filii, a do załatwienia prostych, urzędowych spraw trzeba wysyłać kuriera. Inny przykład, całe szczęścia od roku już nieaktualny, to kuriozalny status terenów byłego obozu Zagłady w Treblince, który podlegał Muzeum Regionalnemu w Siedlcach (dziś to samodzielna instytucja). Tak, drugi największy obóz śmierci powstały na terenie okupowanej Polski, w którym zginęło około 900 tysięcy Żydów był domeną niewielkiego, nieco prowincjonalnego muzeum, podczas gdy terenami Auschwitz Birkenau opiekują się setki pracowników państwowej instytucji z międzynarodową radą. Ot, taki mamy system.

Problem 3. Mnożenie bytów.

W sytuacji gdy każdego roku tracimy kolejne zabytki, a na remonty istniejących jest zawsze za mało pieniędzy mamy całkiem sporo instytucji, które dublują swoje zadania. Takim przykładem są, skądinąd lubiane przeze mnie, skanseny w Nowym Sączu i Sanoku, które dzięki unijnemu wsparciu zbudowały na swoim terenie Miasteczka Galicyjskie. Nie należę akurat do grona licznych krytyków samej idei (bo po skutecznym unicestwieniu drewnianej zabudowy rynkowej potrzebujemy takiej edukacyjnej rekonstrukcji), ale czy naprawdę mamy tyle pieniędzy na ochronę dziedzictwa, że możemy pozwolić sobie na jej dublowanie? Na razie dublujemy, bo instytucje działają zupełnie niezależnie, a ich organizatorami są marszałkowie małopolski i podkarpacki. Drugi przykład, szczególnie mi bliski, to opieka nad synagogami. Tych w miarę dużych i dość dobrze zachowanych są w Polsce dziesiątki i znowu dzięki unijnym wsparciu części z nich udało się nadać nową funkcje. Powstały więc m.in. Muzeum Żydów Mazowieckich w Płocku i Świętokrzyski Sztetl w Chmielniku. Niby super, obydwie synagogi, dawniej opuszczone, można teraz zwiedzać, a muzea prowadzą działalność edukacyjną. Rzecz w tym, że wątpię, żebyśmy dla każdej synagogi musieli wymyślać nową ekspozycję o judaizmie i historii Żydów polskich, bo ona aż tak regionalnie się nie różni. Do tego czas wielkich unijnych środków na remonty zabytków i tworzenie nowych struktur się kończy i tu pomógłby wspólny zarząd.

Problem 4.  Dziedzictwo w ruinie.

Skoro o opuszczonych synagogach mowa, warto wspomnieć o oczywistości, czyli ile z naszego dziedzictwa materialnego przemieniło się w stos cegieł. Przyczyn są dziesiątki, od wieloletniego zapuszczania, przez brak szacunku do dziedzictwa (bo ile w Polsce takich osób, które mają coś dłużej niż dwa pokolenia?) po głupie decyzje prywatyzacyjne lat 90. Jest jednak jak jest i teraz zajmijmy się tym, jak coś jeszcze uratować. Na przykład na takim Dolnym Śląsku (czy szerzej, Ziemiach Zachodnich i Północnych), gdzie zabytków jest najwięcej w kraju. Że wszystkich pałaców nie przemieni się na hotele, a szachulcowych zajazdów na pensjonaty, to wiadomo, poważnie zastanówmy się co da się jeszcze uratować. Tej trzeźwej analizy brakuje mi najbardziej, bo ciągle żyjemy wiarą, że wszystko się da uratować. Otóż nie, już się nie da, a być może nigdy się nie dało, bo przy takim zagęszczeniu rezydencji na Śląsku, w Lubuskiem czy na Pomorzu remonty były i są ponad siły państwa i jego obywateli. Czeka nas trudna, ale nieunikniona decyzja, co jest najbardziej unikalne, co najbardziej wartościowe i to dzięki mecenatowi państwa będziemy mogli poddać renowacji i udostępnić do zwiedzania.

Problem 5. Małe gminy, duże zabytki.

Jak był Dolny Śląsk, to koniecznie muszę opowiedzieć o Kamieńcu Ząbkowickim i Pałacu Marianny Orańskiej. Być może znacie ten dziewiętnastowieczny pałac (powstawał pod nadzorem berlińskiego architekta Karla Schinkla) i który rozmiarem może mierzyć się choćby z Zamkiem Królewskim w Warszawie. Do niedawna był ruiną należącą do „inwestora”, który jak wielu innych właścicieli zabytków inwestował tylko w jego upadek. Sześć lat temu pałac przejęła więc gmina i z sukcesami, krok po kroku, prowadzi prace remontowe. Nie mam złudzeń, że kamieniecka rezydencja wróci do swej pierwotnej chwały, ale doceniam, że gmina mająca 8200 mieszkańców podjęła się tego zadania. Ten heroizm jednak tylko potwierdza jak marny jest nasz system, w którym wójt musi się zastanowić, czy inwestować w opiekę dla seniorów, czy wkład własny przy wymianie setek drewnianych okien pałacowych, a państwo stoi biernie z boku.

Problem 6. Dzierżawa kluczowego dziedzictwa.

Na samym początku pisałem o problemie własności i na koniec do niego wrócę. Niemal każda duża rządowa agencja, czy państwowa spółka ma w swoim „portfelu” jakiś zabytek. Niektóre zamki, inne zabytkowe, lecz nieużywane dworce, zamienione na mieszkania, wreszcie są tacy, którzy mają bunkry. A dokładniej setki schronów, tuneli i umocnień, takich jak Wilczy Szaniec w Gierłoży, czy sztolnie w Walimiu, które należą do Lasów Państwowych. Leśnicy mają swoje własne zadania i problemu, te bardzo popularne wśród turystów miejsca więc dzierżawią firmom. Ostatnio było sporo zamieszania tak wokół dawnej kwatery Hitlera w Gierłoży jak i walimskiego Olbrzyma (o ciągle nie do końca znanym przeznaczeniu), wymówiono umowy i być może coś się tam zmieni, ale sam fakt kompletnego braku pomysłu państwa na tak ważne zabytki jest nieco żenujący. Doceniam wysiłek dzierżawców, często lokalnych pasjonatów, ale te miejsca wymagają wielomilionowych nakładów na badania i zabezpieczenie oraz sprawdzonych informacji. To mógłby zapewnić państwowy mecenat, który wyjmowałby kluczowe dziedzictwo spod reguł rynkowych, które doprowadziły np. do organizowania w Wilczym Szańcu pojedynków paintballowych.

Znamy problemy, teraz czas na dobre praktyki, które pomogą nam wypracować odpowiedni model mecenatu państwa. Ich przykłady wraz z projektem nowej organizacji Dziedzictwo Polskie znajdziecie w kolejnym wpisie już za kilka dni.

Wola upadku

Wola Pękoszewska, 55 kilometrów na zachód od Warszawy. Między 1895 a 1898 rokiem.

Na tarasie dworu siedzą jego właściciele, rodzina Górskich, Konstanty, jego siostra Pia, ich rodzice Maria z Łubieńskich Górska i Jan Górski oraz Olga Biernacka (albo Maryla Chłapowska) i malarz Józef Chełmoński. Górscy to rodzina ziemiańska, dość zamożna. Na zdjęciu drugi od prawej Jan, senior domu, jest agronomem, tworzy w majątku owczarnię, zakłada też uprawy chmielu i buduje gorzelnię. Na lewo od niego, patrząca na coś z boku kadru, siedzi uczennica Chełmońskiego, Olga Biernacka lub Maryla Chłapowska, nie mamy pewności. Obok niej, w fotelu, w kraciastej sukni, Maria, żona Jana, dobrodziejka malarza, wspierająca go finansowo i szukająca klientów na jego obrazy. Stojąca obok matki Pia, najmłodsza na zdjęciu (umrze dopiero w 1974 roku w wieku 96 lat), będzie malarką, jak Olga, czy może Maryla, uczennicą Chełmońskiego. Brat Pii, Konstanty, zwany Kociem, to „piękny duch w Polsce współczesnej”, jak nazwie go krakowski „Czas” w jego nekrologu w 1909 roku. Bujający się w fotelu jest więc pisarzem, historykiem literatury i krytykiem sztuki, wykładowcą w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie. Wreszcie, na ławce obok Jana Górskiego widzimy samego Chełmońskiego, mieszkańca pobliskiej Kuklówki, częstego gościa Woli aż do swojej śmierci w 1914 roku. To autor „Bocianów”, „Orki” i „Babiego lata”, „najwybitniejszy malarz krajobrazu wsi polskiej”, jak czytamy na tablicy pamiątkowej, którą zawieszono wewnątrz dworu, gdy jeszcze działała tutaj szkoła.

Górscy, mecenasi i przyjaciele malarza, są właścicielami majątku od 1825 roku (albo, według innego źródła, od 1826), gdy Franciszek Górski, generał wojsk Królestwa Kongresowego i ojciec Jana, kupił Wolę od Krasińskich z Radziejowic. Niedługo później powstał dwór na planie prostokąta, o czterospadowym dachu. Jest parterowy, o konstrukcji drewnianej, ale tynkowany. Prawdopodobnie już w trakcie międzywojennej rozbudowy, po śmierci Jana, Marii i Konstantego Górskich i Chełmońskiego,  dodany zostanie ryzalit, przez który prowadzi wejście do dworu. To najbardziej imponująca część dworu, o neobarokowym szczycie, z kartuszami herbowymi Górskich i Szembeków i inskrypcją: „Ja, Panie, niechaj mieszkam w tem gnieździe ojczystem, a Ty mnie zdrowiem obdarz i sumieniem czystem”. To fragment fraszki Kochanowskiego „Na dom w Czarnolesie”, wykuty, jak wskazuje data, w 1923 roku. Pewnie i wtedy powstanie też piętrowa przybudówka kryta spadzistym dachem o nieco zakopiańskiej formie, nie pasująca do reszty.

Wola Pękoszewska, 1994 rok.

 

 

Na dwóch czarno białych zdjęciach umieszczonych w „Spotkaniach z Zabytkami” (nr 6 (88)) widać dwór w Woli Pękoszewskiej. To ilustracja do tekstu Waldemara Baraniewskiego i Tadeusza S. Jaroszewskiego o dawnej siedzibie Konstantego Górskiego, która już od pół wieku nie należy do rodziny.  Najpierw, za okupacji, dom Górskim odebrała żandarmeria niemiecka, potem z majątku wyzwoliła ich reforma rolna. W gorzelni i sąsiednich budynkach gospodarczych utworzono spółdzielnię rolna, a we dworze szkołę. Na zdjęciach widać godło nad wejściem, obok stoi zaparkowany żuk. Budynek nie jest w najlepszych stanie, nawet ze słabej jakości zdjęć widać zawilgocenia, kruszejące schody, odpadający tynk. Brakuje remontów, ale przynajmniej dwór jest ogrzewany, wykorzystywany na co dzień, jakoś żyje.

Wola Pękoszewska, 2019 rok.

Przy bramie i wokół dworu śmieci, dziesiątki butelek, puste opakowania. Stan dworu coraz gorszy, powoli zapada się dach, dziś z papy.  Taras na którym siedzieli Górscy, Biernacka i Chełmoński ciągle stoi, choć zarasta trawą. Przyroda rości sobie do dworu coraz większe pretensje, bluszcz oplata ryzalit, na szczycie rosną już małe drzewka. W ten sposób przyroda nadrabia straty z zabytkowego parku, starszego nawet niż budynek. Tam kilka drzew już porąbanych, może to właśnie ich pnie leżą w środku, w jednym z pokoi przerobionych na magazyn opału? Czy ten magazyn to pomysł dyrekcji szkoły? A może dopiero po jej likwidacji, z opustoszałego wnętrza postanowiono zrobić użytek?

Dwór w Woli Pękoszewskiej mógłby być jednym z setek podobnych miejsc w Polsce, gdzie właściciele, gmina, czy KOWR (dawniej Agencja Nieruchomości Rolnych) są zbyt biedni, żeby podjąć się remontu. Albo jednym z tych pałaców, gdzie nie ma już co remontować, bo budynek, rabunkowo eksploatowany, pozbawiony wyposażenia, czeka na ostateczną śmierć.  Ale nie jest. Szkołę zlikwidowano w 2005 roku, a rok później został odkupiony, za dość symboliczną kwotę, przez spadkobierców. W środku ciągle stoją piece kaflowe, na piętro prowadzą schody z drewnianą, rzeźbioną balustradą, zachowała się oryginalna stolarka drzwiowa i okienna z klamkami. Wszystko niszczeje, niezabezpieczone, niesprzątane, dewastowane.

Takich miejsc na Mazowszu prawie nie ma. Takich dworów, jeszcze o drewnianej konstrukcji, jest niewiele w Polsce w ogóle.  W Woli Pękoszewskiej miała powstać izba tradycji rodziny, mimochodem powstała izba wytrzeźwień i oby kogoś w końcu otrzeźwiła do działań.

Bardzo dziękuję za pomoc w zebraniu materiałów Andrzejowi Biernackiemu, autorowi albumu „Mazowieckie siedziby Józefa Chełmońskiego” (2014), z którego pochodzi dziewiętnastowieczne zdjęcie. O stanie dworu w Woli Pękoszewskiej, z prośbą o interwencję, powiadomiłem Wojewódzki Urząd Konserwatora Zabytków w Łodzi.

Kamień odrzucony przez budujących

Kilka dni temu wróciłem z Jerozolimy. To jedno z moich ulubionych miast, w którym zabudowa ostatnich trzech tysięcy lat nakłada się na siebie, nawarstwia, tworząc różne poziomy odczytywania miasta. W staromiejskiej dzielnicy żydowskiej, zburzonej przez Jordańczyków i odbudowanej po wojnie sześciodniowej z 1967 roku, odkryto m.in. fragmenty muru z VIII wieku p.n.e. oraz bizantyjskiego Cardo, północno-południowej osi miasta. Podobnie jak na warszawskiej Starówce zniszczenie stało się szansą dla archeologów, którzy spod ruin wydobyli relikty przeszłości, gdzie indziej stanowiące już fundamenty. Kawałek dalej, w podziemiach soboru Aleksandra Newskiego, tuż obok Bazyliki Grobu, można zobaczyć fragmenty muru z czasów herodiańskich (I w. p.n.e.),  można też przejść się po oryginalnym bruku sprzed dwóch tysięcy lat. Wszystko dokładnie konserwowane, czyszczone, ale niepozbawione patyny, która pozwala na dialog z mieszkańcami, miasta Dawida, Jeruszalajm, Aelii Capitoliny, al-Quds, Ierusalem.

Po powrocie oglądam zdjęcia z remontowanego niedawno gotyckiego kościoła w Chełmna (dzięki uprzejmości dra hab. Juliusza Raczkowskiego), jak na polskie warunki starego, na jerozolimskie ledwo dojrzałego. To smutne zdjęcia, w zasadzie dokumentacja przestępstwa, wykroczenia przeciwko przeszłości, popełnionego za grube pieniądze z dotacji. Dosztukowana maszynowa cegła, nie licująca z oryginalną, zagrzybione już świeże tynki i lśniąca, „funkcjonalna” posadzka z sali weselnej „Zbyszko”, glazuropodobne okropieństwo. Dokumenty już podpisane, „rewitalizacja” zakończona, choć raczej porażką, bo stare kamienie już nie ożyją, kończąc na składowisku gruzu. Poza grupką zażenowanych dewastacją społeczników, konserwatorów nikt nie podniesie larum. Proboszcz i parafianie pewnie zadowoleni, bo przecież stara posadzka się zuzyła, wyżłobiły ją nogi wiernych przez wieki odwiedzających świątynię. Teraz jest gładka, bezpieczna, zgodna z normami. Taka jak wszędzie, bo takie „rewitalizacje” przechodzą kolejne kościoły, w Zwoleniu, Łowiczu, nawet w Toruniu, w stolicy polskiej konserwacji zabytków.

Za grube, często unijne środki postępuje urawniłowka, która wcześniej pozostawiła rynku wybetonowane, wygranitowane, pozbawione drzew. Im więcej pieniędzy tym gorzej, bo jeśli zabrakło kilku milionów złotych na chiński granit, to można było przynajmniej uchronić oryginalny bruk, może nie tak stary jak jerozolimski, ale przecież w polskich miastach, tyle razy zrównanych z ziemią, ważny, niemy świadek historii, targów, demonstracji, często tragedii Żydów.  Zrewitalizowane, martwe, puste place przestały mówić, może przywiezione z dalekich krajów nie znają języka, może też nie mają do kogo mówić, bo mieszkańców spotkać można już tylko w pobliskiej galerii handlowej.

Niektóre kamienie się jednak nie poddają, wychodzą spod ziemi, wyrywają się niewoli asfaltu. Tak jak w Boguszowie-Gorcach pod Wałbrzychem, gdzie właśnie rozpoczyna się remont drogi wojewódzkiej wiodącej przez środek miasta. Ściągnięto już warstwę ścieralną nawierzchni, a pod nią ukazał się idealnie zachowany, niemiecki bruk. Przez lata pokazywał się w dziurach, które powstawały właśnie na skutek nierównej podbudowy. Asfalt, żwir i smoła nie dały rady, on, wieczny kamień ułożony rękami dawnych mieszkańców nie poddał się czołgom, tirom, samochodom. Leży tam może sto, dwieście lat, pięć, sześć pokoleń. Całe szczęście drogowcy mają mały budżet, znowu przykryją go czarną pierzyną, ułożą do snu. Za kilkanaście lat znowu obudzą, może wtedy wrócą z młotami i koparkami, a on, bezbronny, skończy na cmentarzysku, obok pustaków, gazobetonu i papy, smutnych świadków naszych obliczonych tylko na chwilę czasów. Znowu trzeba będzie się wybrać do Jerozolimy, dotknąć teraz zimnego wapienia, którego dotykali Izraelici, Żydzi, Rzymianie, Arabowie, Turcy, Osmanie, Brytyjczycy. Albo bliżej, do Berlina, do Pragi, do Wiednia, gdzie kamienie miały więcej szczęścia, a ludzie rozumu.

Wspólne, czyli moje

Ulica K. na Starym Mokotowie. Rząd modernistycznych kamienic, większość niedawno wyremontowana, z zachowaniem podziałów elewacji. Przy jasnych murach trawnik oddzielający budynki od chodnika. Ale słowa trawnik używam nieco na wyrost – pełno tu podartych torebek foliowych, połamanych gałęzi, puszek, butelek, ogólnego bałaganu. Nie żeby obok, w części miejskiej, było lepiej – tam trawy już nie ma, bo rozjechały ją samochody (pewnie mieszkańców), śmieci też nie brakuje, wokół psie kupy. Ale przecież to miejskie, czyli niczyje, czekające na rewitalizacje, budżet obywatelski, może jakiś podwórzec (woonerf). A przy ścianie kamienicy to przestrzeń prywatna, wspólnotowa, sądząc po cenach mieszkań w okolicy należąca do wcale zamożnych ludzi. Tak jest na tej ulicy, dwie ulice dalej, sto kilometrów dalej, w dużych i tych nieco mniejszych polskich miastach. Dlaczego tak trudno nam dbać o swoje otoczenie? Dlaczego czekamy, często w nieskończoność, aż inni, miasto czy spółdzielnia, zrobią coś za nas? Dlaczego nie możemy sobie sami zacząć naprawiać ulicy i okolicy?

Bardzo by się nam dzisiaj przydała wiejska tłoka (tłóka), dawna gromadna pomoc, którą opisywał Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej”:  „piękny słowiański obyczaj ludu rolniczego, dopóki nie zaczęto go nadużywać. Cechował on sąsiedzką wzajemność i ludzką uczynność naszych praojców, bo polegał na bezpłatnej pomocy, niesionej przez gromadę sąsiadowi, który wywdzięczał się za to tylko poczęstunkiem dla tłoczników i gotowością służenia im wzajemnie, gdy który potem zapotrzebował tłoki”. Czyli taki czyn społeczny, ale nie subotnik, nie czyn pierwszomajowy, czy lipcowy, ale gest pozbawiony ideologicznej otoczki. Wspólne sprzątanie okolicy, ale bez Stanisława Anioła, który w walce z warcholstwem zmusza mieszkańców Alternatywy 4 do śpiewania w chórze.

Odpowiednik tłoki do dziś zresztą występuje w Norwegii pod nazwą dugnad i został nawet niedawno wybrany za słowo najlepiej oddające narodowego ducha. To na przykład wspólny remont pomieszczeń lokalnego klubu, malowanie drewnianego domu sąsiada, czy organizacja sąsiedzkiego pikniku. Kiedyś, w kraju biednym, o wymagającym klimacie, podzielonym fiordami i górami, był niezbędny dla przetrwania, dziś, w czasach dobrobytu i silnych instytucji, jest rzadszy, ale ciągle istnieje. A u nas? Co roku przeglądam wyniki katowickiego konkursu Plac na Glanc w którym wybierane jest podwórko do remontu, później projektowane przy współpracy mieszkańców i architektów.  To dobra, nawet wzorcowa inicjatywa, ale przecież setki placów można byłoby wyglancować w kilka weekendów siłami mieszkańców, właśnie w ramach dugnadu. Sąsiedzi łopatami posprzątaliby śmieci, przekopali rabaty, może nawet, dzięki spółdzielnianym środkom kupili drzewo czy ławkę. Bardzo podoba mi się więc inicjatywa opiekunów wieży książęcej w dolnośląskim Siedlęcinie, którzy w tym roku po raz kolejny organizują akcję „Spal kalorie dla Lancelota”, czyli sąsiedzkie sprzątanie okolicy. Nazwę dały średniowieczne malowidła w sali na drugim piętrze wieży przedstawiające legendę o sir Lancelocie z Jeziora, jedyne takie w Polsce, a być może i na kontynencie. Podobnie od lat wolontariusze Ochotniczego Hufca Porządkowania Cmentarza Żydowskiego im. Józefa Rajnfelda dbają o cmentarz na Okopowej, grabiąc liście, czy zbierając gałęzie. Tak dzieje się zresztą nie tylko w Warszawie, ale i dziesiątkach polskich miejscowości, gdzie kirkuty sprząta szkolna młodzież, czy lokalni społecznicy (oraz więźniowie, ale to już nieco inna historia).

Nie czekajmy więc, aż naszą dzielnicę obejmie rewitalizacja czy też w ramach przebudowy ulicy lub remontu budynku dosadzą krzew lub drzewo. Postarajmy się zaopiekować tym, co tuż obok nas, tak jak mieszkaniec kamienicy obok nas, który regularnie podlewa krzewy naprzeciwko swojego domu, żeby nie zmarniały wobec zbyt rzadkich wizyt ogrodników. Jeśli mury straszą tagami i bluzgami, zaprośmy sąsiadów, kupmy farbę lub wypożyczmy myjkę, jeśli podwórko zmieniło się w klepisko, wybierzmy się po worek trawy. Bierzmy przykład z Norwegów, którzy przed świętem konstytucji 17 maja nie tylko wywieszają flagi, ale po prostu sprzątają swoją okolicę.

 

Sęk w betonie

Przeglądam czarno-białe zdjęcia gdyńskiego fotografika Adama Nowickiego z jego plenerów z końca lat siedemdziesiątych. Głównie północno-wschodnia Polska: Nowy Dwór Podlaski, Smolniki, Bartniki, okolice Lipska. Twarze ludzi, często zmęczonych pracą, skromne wnętrza, ale przede wszystkim wszechobecne drewno. Drewniane płoty, drewniane obory i stodoły, drewniane domy. Dziś, czterdzieści lat później, gdy jeżdżę przez Podlasie, Suwalszczyznę czy po podbeskidzkich wsiach liczę już tylko ostańce. Płoty już wyłącznie z siatki lub prefabrykowane, zabudowania gospodarcze z pustaków, a domy dogorywają gdzieś z tyłu, po śmierci najstarszych mieszkańców, babci czy dziadka, którzy nie mogli lub nie chcieli przeprowadzić się do nowego domu z katalogu. Tak jak we wsi do której jeździmy latem, na pograniczu Mazowsza i Mazur, gdzie jeden z ostatnich we wsi gospodarzy mieszkał w chałupie malowanej od środka w kwiaty, przykrytej słomą. Jeszcze kilkanaście lat temu nawet tę słomę zmieniał, w końcu jednak zebrał pieniądze i postawił nowy dom z pustaków, nieotynkowany.  W chałupie została tylko matka, a wraz z jej śmiercią umarł i drewniany dom, powoli butwiejący na uboczu.

Wiejskie domy odchodzą, bo są zbyt małe, zbyt niebezpieczne (a gaz, a zwarcie, a niedopałek?), zimne, nie pasują do ogólnej nowoczesności z jej samochodami, lodówkami i telewizją. Przynajmniej tak często się to tłumaczy, bo przecież w Danii, Szwecji, czy Norwegii, gdzie przed 150 metrowymi drewniakami stoi elektryczna Tesla takie wyjaśnienia by mieszkańców zdziwiły. Przecież odpowiednio zbudowane i konserwowane drewno może trwać setki lat, tak jak norweskie stavkirke (świątynie słupowe), czy też kościół pw. Św. Mikołaja w Tarnowie Pałuckim, który wzniesiono w ostatniej ćwierci XIV wieku. Drewniany dom stawia się też szybciej, i mimo dość wysokich cen drewna w Polsce, zazwyczaj taniej niż murowany, a dzięki oddychaniu materiału może on zapewniać optymalną temperaturę we wnętrzu. Wystarczy spytać Skandynawów, którzy długie zimowe miesiące, gdy temperatura spada niekiedy 20 stopni poniżej zera, spędzają właśnie w prostych, drewnianych domach, a nie twierdzach z pustaków.

Tymczasem potransformacyjne bogacenie się mieszkańców polskiej wsi i miasteczek przyniosło w niektórych regionach całkowitą niemal zagładę tradycyjnego budownictwa. Pod naporem blachotrapezów i prefabrykatów zniknęły całe miejscowości, takie jak Mińsk Mazowiecki, który dodatkowo dobiła bliskość Warszawy, skutkująca grubszymi portfelami inwestorów. Tak się właśnie w Polsce porobiło, że mieszkanie w starym domu oznaczało biedę i życiową porażkę. Nikomu więc do głowy nie przychodziły poważniejsze remonty, czy rozbudowy drewniaków, obkładano je tylko sidingiem, nowinką z zachodu, który pozwalał ukryć liszaje starości. Najwięcej zachowało się więc tradycyjnej zabudowy tam, gdzie ludność była nieco uboższa, na wschodzie i południu kraju, choć porównanie z białoruskimi, czy litewskimi wsiami, niemal całkowicie zachowanymi, wypada dla Polski nader smutno. Z pewnym zakłopotaniem mówię turystom, że zabudowa tykocińskiego rynku jest typowa dla wschodniej części kraju, szybko się poprawiając, że raczej była, bo dziś dziesiątki okolicznych miejscowości po szybkiej „modernizacji” już nic ciekawego przyjezdnym nie proponują.  Może prócz nostalgii, czy wręcz gniewu, jak na dawnym rynku w Jaśliskach w Beskidzie Niskim, gdzie kilka kilkusetletnich domów powoli dotyka dachami ziemi, w przedśmiertnej, spowolnionej konwulsji.

Najwyższa Izba Kontroli w raporcie z zeszłego roku przyznała, że „większość zabytków architektury drewnianej pozostaje poza kontrolą służb konserwatorskich”, że rok rocznie skreślane są z ewidencji kolejne budynki, a większość gmin nie ma żadnego pomysłu na ochronę dziedzictwa. A i tak badano województwa w stosunkowo dobrej sytuacji, czyli małopolskie i podkarpackie, bo wizyta w łódzkim czy mazowieckim w zasadzie byłaby już pozbawiona sensu. Oczywiście zachowały się tam pojedyncze drewniane kościoły, ale z tymi raczej nie ma problemu, mimo alarmującego tonu Wyspiańskiego, który ponad sto lat temu pisał, że „tak szybko nikną z naszego pejzażu, gdyż tak płoną i płoną rok w rok”. Dziś płoną nie kościoły, ale na przykład narażone na „presję inwestycyjną” świdermajery, konstancińskie drewniane wille, czy koźlaki, czyli prymitywne wiatraki, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu, było częste po polskich wsiach.

Lubię więc spacerować po sanockim czy kieleckim skansenie, bo to moja alternatywna wizja polskiego krajobrazu. Nie tęsknię, ani nie pochwalam kurnych izb, wspólnego mieszkania ze zwierzętami, czy wycieńczającej pracy na roli. Ale jednocześnie znam Norsk Folkmuseum, imponujący skansen w Oslo w którym stoją w zasadzie te same budynki, jakie znajdziemy w większości norweskich wsi. Te z muzeum pozbawione są toalet i ogrzewane jednym piecem, te współczesne w środku mają saunę, automatyczny piec gazowy i Internet, bo przecież kształt budynku nie determinuje wyposażenia. Przekonują o tym m.in. firma Polska Drewniana z Pisza, czy architekt Marek Gransicki z Krakowa, którzy projektują drewniane domy o tradycyjnej formie, ale dostosowane do potrzeb nowoczesności. Podobne praktyki starają się promować niektóre samorządy, tak jak powiat białostocki, który wraz z Podlaskim Muzeum Kultury Ludowej wydał książkę „Drewniane budownictwo w krajobrazie Podlasia. Dobre praktyki.” Dla Puszczy Kampinoskiej powstał z kolei stworzony przez Fundację Sendzimira „Wzornik architektoniczny”, podpowiadający jak wykorzystywać naturalne materiały, w tym drewno.

To jednak pojedyncze projekty w morzu budowlanej bylejakości, pogłębionej niską wrażliwością estetyczną i zanikiem rzemiosła, bo znalezienie odpowiednio przygotowanych cieśli w Polsce jest coraz trudniejsze. Ratunkiem miało być rządowe Centrum Architektury Drewnianej, o którego powstaniu opowiadała przed dwoma laty wiceminister kultury Magdalena Gawin. Miało powstać w podwarszawskim Świdrze i służyć merytorycznym wsparciem właścicielom drewnianych zabytków, głównie świdermajerów. Niestety o Centrum już nie usłyszeliśmy, a rozwałka trwa w najlepsze w zasadzie we wszystkich częściach Polski. Główną zaporą powinna być zwiększona świadomość wartości tradycyjnej zabudowy, ale taka szeroka zmiana społeczna jest, przy obecnych warunkach kształcenia plastycznego, mało prawdopodobna. Przecież, jak pisałem w poprzednich wpisach, w ruinę obracają się potężne pałace, niejako „proste” w docenieniu, co więc dopiero z ubogo wyglądającym drewniakiem w Białymstoku, o którego zburzenie upominali się niedawno sąsiedzi, proszący o nowy parking. Póki co trzeba się więc oprzeć na zwiększonym wsparciu państwa, głównie poprzez masowe wciąganie zachowanych jeszcze budynków do ewidencji oraz dofinansowanie ich remontów, które, jak zwracał uwagę NIK, w przypadku zabudowy drewnianej w zasadzie nie istnieje (z wyjątkiem cerkwi i kościołów.) Tu wskazane byłoby powołanie specjalnego, ministerialnego programu ochrony dziedzictwa drewnianego, bo obecnie stuletnie, podlaskie domy nie mają zwyczajnie szans konkurować np. z siedemnastowiecznym pałacem opatów w Lubiążu. Swoje rolę mają też samorządy, które mogłyby chronić szczególnie cenne obszary poprzez istniejącą w polskim prawie od dawna instytucję parku kulturowego, w obrębie którego można na przykład wyznaczyć standardy nowej zabudowy.

Miesiąc temu na mocy specjalnej ustawy Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej i Bank Ochrony Środowiska powołały spółkę Polski Dom Drewniany. Ma mieć kapitał zakładowy 50 milionów złotych i budować energooszczędne domy na kupowanych w tym celu gruntach, bo, po protestach m.in. samych leśników, z projektu wyłączono Lasy Państwowe, nieruchomościowego giganta. Trudno jeszcze powiedzieć jakie będą losy programu, ale sam pomysł promowania budowania z drewna wart jest docenienia. Byleby źródłem budulca nie były reliktowe puszcze, bo z ich ochroną też mamy w Polsce problem.

Raport NIK pt. „Zabezpieczenie i udostępnianie zabytków architektury drewnianej oraz ich wykorzystanie w promocji regionu” dostępny jest pod adresem: https://www.nik.gov.pl/kontrole/P/17/076/LRZ/

Zabić zabytki. Część druga, czyli o ratowaniu.

W poprzedniej części rysowałem smutny los zabytków w Polsce, które w niektórych miejscowościach są gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Choć sytuacja prawie wszędzie jest równie zła, szczególnie boli rujnacja wyjątkowego w skali kraju dolnośląskiego dziedzictwa, o czym od lat pisze na przykład Hannibal Smoke (https://www.facebook.com/HanniSmoke/). Dziś kilka pomysłów na ratunek popadających w ruinę zabytków.

  • Trzeba przekonać inwestorów, że zabytki mogą być atrakcyjną inwestycją, a nie tylko workiem bez dna. Wzorem pozostaje tu przykład Niemiec, gdzie koszty remontu zabytku nie są objęte VATem. Ten prosty system, w którym nie trzeba znać się na pozyskiwaniu i rozliczaniu dotacji jest wyraźnym sygnałem, że ratowanie dziedzictwa może się po prostu opłacić. Dla wielu Polaków wpis do rejestru jest traktowany jako zagrożenie, a nie jako szansa na potencjalne wsparcie i to należałoby zmienić.
  • Państwo powinno zdecydowanie traktować winnych dewastacji zabytków czy ich wyburzeń, bo często zasądzane pięćset czy tysiąc złotych grzywny było kpiną z państwa. Udało się to zmienić w zeszłym roku na skutek nowelizacji ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami, która m.in. podwyższa maksymalną wysokość kary za dewastację zabytku i prace bez zezwolenia do 500 tysięcy złotych. Ciągle potrzeba jednak uświadamiania policji i lokalnych władz, że niszczenie dziedzictwa jest poważnym przestępstwem.
  • Właściciele nieruchomości zabytkowych to jednak nie tylko drapieżni deweloperzy, ale i pasjonaci bez których dziesiątki pałaców, dworów czy dawnych kościołów ewangelickich dawno zostałoby wyburzonych.  Powinni być więc traktowani jako partnerzy zasługujący na wsparcie, a nie wyłącznie jako wrogowie, których trzeba pilnować. Tymczasem miejskie służby lubią na przykład kontrolować jakość odśnieżania chodnika przylegającego do nieruchomości, ale znikają, gdy brakuje pieniędzy na ratunkowy remont dachu.
  • Zabytki powinny mieć priorytet przed inwestycjami w nowe budynki. Nie zawsze jest to możliwe, ale na przykład pofabryczny gmach można przekształcić w potrzebny gminie basen czy kino, nawet kosztem zwiększenia budżetu. Zbyt często środki unijne czy lokalne wykorzystywano do budowy nowych obiektów, gdy obok dogorywały stuletnie gmachy. Za wzorce mogą służyć na przykład biblioteki w remontowanych dworcach w Rabce czy Obornikach Śląskich, czy centrum kultury w browarze Bojańczyka we Włocławku (zbieżność nazwisk przypadkowa.)
  • Problem braku lokali komunalnych czy tanich mieszkań na wynajem narasta w Polsce między innymi ze względu na pogarszający się stan śródmiejskiej zabudowy, często pozbawionej podstawowych instalacji. Co rusz pojawiają się lepsze bądź gorsze programy budowy nowych osiedli (Mieszkanie+, wcześniej MDM, ale i inicjatywy lokalne), ale przeważająca ich część jest gwoździem do trumny starych kamienic. W Wałbrzychu stoją już nowe bloki Mieszkania+, kolejne pojawią się niedługo w Zgorzelcu czy Wrocławiu, mimo że we wszystkich tych miastach dziesiątki czynszówek wymagają pilnych remontów. W stolicy Dolnego Śląska na początku tego roku w pożarach spowodowanych prawdopodobnie wadliwą instalacją grzewczą w starych budynkach zginęło aż osiem osób.
  • Znacząco należałoby zwiększyć zatrudnienia w urzędach konserwatorskich, których 35 delegaturom wojewódzkim po prostu brakuje kadr i funduszy. Służby konserwatorskie powinny być merytorycznym wsparciem dla właścicieli, doradzać im w pozyskiwaniu dotacji, utrzymaniu i remontach, a nie tylko weryfikować dokumentację. Dziś rolę konsultacyjną poprzez różne szkolenia stara się pełnić Narodowy Instytut Dziedzictwa i jego regionalne filie, ale zaangażowanie państwa powinno się zwiększyć.
  • Warto byłoby powołać specjalną, centralną instytucję dbającą o najważniejsze dziedzictwo na wzór brytyjskiej English Heritage Trust, opiekującej się ponad 400 zabytkami, w tym Stonehenge czy fragmentami wału Hadriana. Byłby to ratunek dla popadających dziś w ruinę rezydencjami, które mogłyby zostać udostępnione do zwiedzania, podobnie jak w Czechach robi to państwowy Národní památkový ústav. Źródłem funduszy mogłyby być m.in. dotacje państwowych firm, środki budżetowe czy też wsparcie z loterii w ramach Funduszu Promocji Kultury. Byłaby ona uzupełnieniem długo oczekiwanego i powołanego w zeszłym roku Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków (NFOZ), który ma udzielać dotacji. Nowa instytucja mogłaby także odciążyć samorządy czy organizacje pozarządowe wielkim wysiłkiem utrzymujące niekiedy olbrzymie nieruchomości. Tak jest choćby w Kamieńcu Ząbkowickim, gdzie pałac Marianny Orańskiej finansuje niewielka gmina, czy w Lubiążu, gdzie największym klasztorem cysterskim w Europie opiekuje się fundacja. Przejście tych budynków pod kontrolę państwa pozwoliłoby zapewnić ciągłość finansowania, odpowiednią promocję czy wykwalifikowane kadry.
  • Dziedzictwo jest w Polsce umieszczone nierównolegle, podobnie jest ze stanem zachowania budynków, który najbardziej alarmujący jest na terenie tzw. Ziem Odzyskanych. Wiele budynków jest już straconych, ale ciągle możemy uratować unikalne zespoły pałacowe (Bożków, ciągle na sprzedaż), kamienice mieszczańskie, osiemnastowieczne karczmy, czy dziedzictwo industrialne. Wymagają one specjalnego wsparcia, być może funduszu celowego, na wzór Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa czy szczególnego programu w ramach NFOZ. Warto tu przy okazji podkreślić fakt smutnej niesprawiedliwości w opiece nad zabytkami, bo krakowski Fundusz dysponuje środkami rzędu 30 milionów złotych rocznie wobec 120 milionów na CAŁY KRAJ w budżetach urzędów konserwatorskich.
  • Podobny fundusz celowy powinien zostać przeznaczony na utrzymanie świeckiej architektury drewnianej. Jej zagłada, podobnie jak wielu budynków na Dolnym Śląsku, to powód do wyjątkowego wstydu. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, ze szczególnym uwzględnieniem czasu po transformacji, niemalże całkowicie wytępiono drewnianą zabudowę w centralnej Polsce, południe i wschód trzymają się niewiele lepiej. Na początku zniknęły drewniane karczmy, czynszówki (Bródno, Bojary białostockie), później prywatne domy. To co wyróżniało polską wieś dziś jest rzadkością, a żeby zobaczyć najbliższe drewniane wsie musimy jechać na Białoruś czy… do Norwegii. Ale o tym już w kolejnym wpisie.

Zabić zabytki. Część pierwsza.

Prawie każdy turysta, którego oprowadzałem po Polsce zwraca uwagę na zapuszczenie kamienic, zabytkowych dworców i pałaców. Na ich stopniowe opadania w niebyt, podczas gdy, także i w mniejszych miejscowościach, obok stoją nowe osiedla, sklepy, hipermarkety czy gmachy sądów. Na walące się kamienice Woli, Pragi, legnickiego Zakaczawia czy wrocławskiego Nadodrza, podczas gdy my, przewodnicy, smutnym głosem opowiadamy o wartości tych ostańców przedwojennej zabudowy. Opowiadamy o reprywatyzacji, trudnej sytuacji własnościowej, o braku koniecznych remontów w czasach PRLu, o braku pieniędzy, ale w zasadzie powinniśmy powiedzieć, że my w Polsce zabytków nie lubimy. Albo, że przynajmniej polskie państwo, ludowe czy demokratyczne, tych zabytków nie lubi. Najpierw były powojenne, często bezsensowne wyburzenia i odbudowa kilku najważniejszych miast przy jednoczesnej katastrofie mniejszych ośrodków w których w miejscu w miarę dobrze zachowanych starych miast wylądowały obce, biedamodernistyczne bloki. Potem głód mieszkaniowy i dalsza rozbudowa miast z wielkiej już płyty, która pozostawiła mieszkających w starszej zabudowie bez centralnego ogrzewania, z łazienkami na korytarzach. No i wreszcie transformacja, reprywatyzacja, kuratorzy z Karaibów, zdejmowanie dachów, ale też ostateczna śmierć kamienic, które bez stosownego utrzymania mogły wytrzymać 70 lat, ale 71 był już zabójczy. Brak pomysłu na ratunek zabytkowych dzielnic i stopniowe ich wyludnianie się i częsta u nas wymuszona suburbanizacja, bo jak romantyzm starej zabudowy przegrywa z liszajem na korytarzu i pękającymi ścianami. Tak jest w Ornecie, Opatowie, Stargardzie, ale i Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu. Niezależnie, czy w mieście zarabia się minimalną krajową, średnia, czy maksymalną. Nowymi tynkami wyróżniają się tylko centra kultury za unijne środki, gospodarniejsze wspólnoty mieszkaniowe, co postawiły na styropian (choć schody butwieją jak dawniej) i kościoły, bo jak np. Dolny Śląsk ma w budżecie około 100 złotych na każdy zabytek to pewnie lepiej ratować, to co często najcenniejsze i jeszcze w ciągłym użyciu. Reszta odchodzi, przy wtórze młotów rozbiórkowych, tak jak kiedyś ironizowano na plakacie właśnie z Dolnego Śląska, „nie do zobaczenia, do wyburzenia.” Czasem trafi się pasjonat-samobójca, co z pałacu będzie chciał zrobić hotel czy dom, ale częściej taki, który pałac przemieni w dobry, popałacowy grunt pod komis czy osiedle. Państwo temu pierwszemu wyślę kontrolę konserwatora, który zakaże jakiejkolwiek ingerencji we wnętrza, ten drugi poleconym dostanie wuzetkę na komis czy osiedle. Pasjonat dostanie wytyczne do remontu i po wyliczeniu kosztów wywiesi tabliczkę „sprzedam”, deweloperowi podarują nowych klientów z dopłatą rządowego programu. Albo, po interwencji miejscowych społeczników, pogrożą palcem i wlepią mandat karny w wysokości złotych 400.