Sęk w betonie

Przeglądam czarno-białe zdjęcia gdyńskiego fotografika Adama Nowickiego z jego plenerów z końca lat siedemdziesiątych. Głównie północno-wschodnia Polska: Nowy Dwór Podlaski, Smolniki, Bartniki, okolice Lipska. Twarze ludzi, często zmęczonych pracą, skromne wnętrza, ale przede wszystkim wszechobecne drewno. Drewniane płoty, drewniane obory i stodoły, drewniane domy. Dziś, czterdzieści lat później, gdy jeżdżę przez Podlasie, Suwalszczyznę czy po podbeskidzkich wsiach liczę już tylko ostańce. Płoty już wyłącznie z siatki lub prefabrykowane, zabudowania gospodarcze z pustaków, a domy dogorywają gdzieś z tyłu, po śmierci najstarszych mieszkańców, babci czy dziadka, którzy nie mogli lub nie chcieli przeprowadzić się do nowego domu z katalogu. Tak jak we wsi do której jeździmy latem, na pograniczu Mazowsza i Mazur, gdzie jeden z ostatnich we wsi gospodarzy mieszkał w chałupie malowanej od środka w kwiaty, przykrytej słomą. Jeszcze kilkanaście lat temu nawet tę słomę zmieniał, w końcu jednak zebrał pieniądze i postawił nowy dom z pustaków, nieotynkowany.  W chałupie została tylko matka, a wraz z jej śmiercią umarł i drewniany dom, powoli butwiejący na uboczu.

Wiejskie domy odchodzą, bo są zbyt małe, zbyt niebezpieczne (a gaz, a zwarcie, a niedopałek?), zimne, nie pasują do ogólnej nowoczesności z jej samochodami, lodówkami i telewizją. Przynajmniej tak często się to tłumaczy, bo przecież w Danii, Szwecji, czy Norwegii, gdzie przed 150 metrowymi drewniakami stoi elektryczna Tesla takie wyjaśnienia by mieszkańców zdziwiły. Przecież odpowiednio zbudowane i konserwowane drewno może trwać setki lat, tak jak norweskie stavkirke (świątynie słupowe), czy też kościół pw. Św. Mikołaja w Tarnowie Pałuckim, który wzniesiono w ostatniej ćwierci XIV wieku. Drewniany dom stawia się też szybciej, i mimo dość wysokich cen drewna w Polsce, zazwyczaj taniej niż murowany, a dzięki oddychaniu materiału może on zapewniać optymalną temperaturę we wnętrzu. Wystarczy spytać Skandynawów, którzy długie zimowe miesiące, gdy temperatura spada niekiedy 20 stopni poniżej zera, spędzają właśnie w prostych, drewnianych domach, a nie twierdzach z pustaków.

Tymczasem potransformacyjne bogacenie się mieszkańców polskiej wsi i miasteczek przyniosło w niektórych regionach całkowitą niemal zagładę tradycyjnego budownictwa. Pod naporem blachotrapezów i prefabrykatów zniknęły całe miejscowości, takie jak Mińsk Mazowiecki, który dodatkowo dobiła bliskość Warszawy, skutkująca grubszymi portfelami inwestorów. Tak się właśnie w Polsce porobiło, że mieszkanie w starym domu oznaczało biedę i życiową porażkę. Nikomu więc do głowy nie przychodziły poważniejsze remonty, czy rozbudowy drewniaków, obkładano je tylko sidingiem, nowinką z zachodu, który pozwalał ukryć liszaje starości. Najwięcej zachowało się więc tradycyjnej zabudowy tam, gdzie ludność była nieco uboższa, na wschodzie i południu kraju, choć porównanie z białoruskimi, czy litewskimi wsiami, niemal całkowicie zachowanymi, wypada dla Polski nader smutno. Z pewnym zakłopotaniem mówię turystom, że zabudowa tykocińskiego rynku jest typowa dla wschodniej części kraju, szybko się poprawiając, że raczej była, bo dziś dziesiątki okolicznych miejscowości po szybkiej „modernizacji” już nic ciekawego przyjezdnym nie proponują.  Może prócz nostalgii, czy wręcz gniewu, jak na dawnym rynku w Jaśliskach w Beskidzie Niskim, gdzie kilka kilkusetletnich domów powoli dotyka dachami ziemi, w przedśmiertnej, spowolnionej konwulsji.

Najwyższa Izba Kontroli w raporcie z zeszłego roku przyznała, że „większość zabytków architektury drewnianej pozostaje poza kontrolą służb konserwatorskich”, że rok rocznie skreślane są z ewidencji kolejne budynki, a większość gmin nie ma żadnego pomysłu na ochronę dziedzictwa. A i tak badano województwa w stosunkowo dobrej sytuacji, czyli małopolskie i podkarpackie, bo wizyta w łódzkim czy mazowieckim w zasadzie byłaby już pozbawiona sensu. Oczywiście zachowały się tam pojedyncze drewniane kościoły, ale z tymi raczej nie ma problemu, mimo alarmującego tonu Wyspiańskiego, który ponad sto lat temu pisał, że „tak szybko nikną z naszego pejzażu, gdyż tak płoną i płoną rok w rok”. Dziś płoną nie kościoły, ale na przykład narażone na „presję inwestycyjną” świdermajery, konstancińskie drewniane wille, czy koźlaki, czyli prymitywne wiatraki, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu, było częste po polskich wsiach.

Lubię więc spacerować po sanockim czy kieleckim skansenie, bo to moja alternatywna wizja polskiego krajobrazu. Nie tęsknię, ani nie pochwalam kurnych izb, wspólnego mieszkania ze zwierzętami, czy wycieńczającej pracy na roli. Ale jednocześnie znam Norsk Folkmuseum, imponujący skansen w Oslo w którym stoją w zasadzie te same budynki, jakie znajdziemy w większości norweskich wsi. Te z muzeum pozbawione są toalet i ogrzewane jednym piecem, te współczesne w środku mają saunę, automatyczny piec gazowy i Internet, bo przecież kształt budynku nie determinuje wyposażenia. Przekonują o tym m.in. firma Polska Drewniana z Pisza, czy architekt Marek Gransicki z Krakowa, którzy projektują drewniane domy o tradycyjnej formie, ale dostosowane do potrzeb nowoczesności. Podobne praktyki starają się promować niektóre samorządy, tak jak powiat białostocki, który wraz z Podlaskim Muzeum Kultury Ludowej wydał książkę „Drewniane budownictwo w krajobrazie Podlasia. Dobre praktyki.” Dla Puszczy Kampinoskiej powstał z kolei stworzony przez Fundację Sendzimira „Wzornik architektoniczny”, podpowiadający jak wykorzystywać naturalne materiały, w tym drewno.

To jednak pojedyncze projekty w morzu budowlanej bylejakości, pogłębionej niską wrażliwością estetyczną i zanikiem rzemiosła, bo znalezienie odpowiednio przygotowanych cieśli w Polsce jest coraz trudniejsze. Ratunkiem miało być rządowe Centrum Architektury Drewnianej, o którego powstaniu opowiadała przed dwoma laty wiceminister kultury Magdalena Gawin. Miało powstać w podwarszawskim Świdrze i służyć merytorycznym wsparciem właścicielom drewnianych zabytków, głównie świdermajerów. Niestety o Centrum już nie usłyszeliśmy, a rozwałka trwa w najlepsze w zasadzie we wszystkich częściach Polski. Główną zaporą powinna być zwiększona świadomość wartości tradycyjnej zabudowy, ale taka szeroka zmiana społeczna jest, przy obecnych warunkach kształcenia plastycznego, mało prawdopodobna. Przecież, jak pisałem w poprzednich wpisach, w ruinę obracają się potężne pałace, niejako „proste” w docenieniu, co więc dopiero z ubogo wyglądającym drewniakiem w Białymstoku, o którego zburzenie upominali się niedawno sąsiedzi, proszący o nowy parking. Póki co trzeba się więc oprzeć na zwiększonym wsparciu państwa, głównie poprzez masowe wciąganie zachowanych jeszcze budynków do ewidencji oraz dofinansowanie ich remontów, które, jak zwracał uwagę NIK, w przypadku zabudowy drewnianej w zasadzie nie istnieje (z wyjątkiem cerkwi i kościołów.) Tu wskazane byłoby powołanie specjalnego, ministerialnego programu ochrony dziedzictwa drewnianego, bo obecnie stuletnie, podlaskie domy nie mają zwyczajnie szans konkurować np. z siedemnastowiecznym pałacem opatów w Lubiążu. Swoje rolę mają też samorządy, które mogłyby chronić szczególnie cenne obszary poprzez istniejącą w polskim prawie od dawna instytucję parku kulturowego, w obrębie którego można na przykład wyznaczyć standardy nowej zabudowy.

Miesiąc temu na mocy specjalnej ustawy Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej i Bank Ochrony Środowiska powołały spółkę Polski Dom Drewniany. Ma mieć kapitał zakładowy 50 milionów złotych i budować energooszczędne domy na kupowanych w tym celu gruntach, bo, po protestach m.in. samych leśników, z projektu wyłączono Lasy Państwowe, nieruchomościowego giganta. Trudno jeszcze powiedzieć jakie będą losy programu, ale sam pomysł promowania budowania z drewna wart jest docenienia. Byleby źródłem budulca nie były reliktowe puszcze, bo z ich ochroną też mamy w Polsce problem.

Raport NIK pt. „Zabezpieczenie i udostępnianie zabytków architektury drewnianej oraz ich wykorzystanie w promocji regionu” dostępny jest pod adresem: https://www.nik.gov.pl/kontrole/P/17/076/LRZ/

Zabić zabytki. Część druga, czyli o ratowaniu.

W poprzedniej części rysowałem smutny los zabytków w Polsce, które w niektórych miejscowościach są gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Choć sytuacja prawie wszędzie jest równie zła, szczególnie boli rujnacja wyjątkowego w skali kraju dolnośląskiego dziedzictwa, o czym od lat pisze na przykład Hannibal Smoke (https://www.facebook.com/HanniSmoke/). Dziś kilka pomysłów na ratunek popadających w ruinę zabytków.

  • Trzeba przekonać inwestorów, że zabytki mogą być atrakcyjną inwestycją, a nie tylko workiem bez dna. Wzorem pozostaje tu przykład Niemiec, gdzie koszty remontu zabytku nie są objęte VATem. Ten prosty system, w którym nie trzeba znać się na pozyskiwaniu i rozliczaniu dotacji jest wyraźnym sygnałem, że ratowanie dziedzictwa może się po prostu opłacić. Dla wielu Polaków wpis do rejestru jest traktowany jako zagrożenie, a nie jako szansa na potencjalne wsparcie i to należałoby zmienić.
  • Państwo powinno zdecydowanie traktować winnych dewastacji zabytków czy ich wyburzeń, bo często zasądzane pięćset czy tysiąc złotych grzywny było kpiną z państwa. Udało się to zmienić w zeszłym roku na skutek nowelizacji ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami, która m.in. podwyższa maksymalną wysokość kary za dewastację zabytku i prace bez zezwolenia do 500 tysięcy złotych. Ciągle potrzeba jednak uświadamiania policji i lokalnych władz, że niszczenie dziedzictwa jest poważnym przestępstwem.
  • Właściciele nieruchomości zabytkowych to jednak nie tylko drapieżni deweloperzy, ale i pasjonaci bez których dziesiątki pałaców, dworów czy dawnych kościołów ewangelickich dawno zostałoby wyburzonych.  Powinni być więc traktowani jako partnerzy zasługujący na wsparcie, a nie wyłącznie jako wrogowie, których trzeba pilnować. Tymczasem miejskie służby lubią na przykład kontrolować jakość odśnieżania chodnika przylegającego do nieruchomości, ale znikają, gdy brakuje pieniędzy na ratunkowy remont dachu.
  • Zabytki powinny mieć priorytet przed inwestycjami w nowe budynki. Nie zawsze jest to możliwe, ale na przykład pofabryczny gmach można przekształcić w potrzebny gminie basen czy kino, nawet kosztem zwiększenia budżetu. Zbyt często środki unijne czy lokalne wykorzystywano do budowy nowych obiektów, gdy obok dogorywały stuletnie gmachy. Za wzorce mogą służyć na przykład biblioteki w remontowanych dworcach w Rabce czy Obornikach Śląskich, czy centrum kultury w browarze Bojańczyka we Włocławku (zbieżność nazwisk przypadkowa.)
  • Problem braku lokali komunalnych czy tanich mieszkań na wynajem narasta w Polsce między innymi ze względu na pogarszający się stan śródmiejskiej zabudowy, często pozbawionej podstawowych instalacji. Co rusz pojawiają się lepsze bądź gorsze programy budowy nowych osiedli (Mieszkanie+, wcześniej MDM, ale i inicjatywy lokalne), ale przeważająca ich część jest gwoździem do trumny starych kamienic. W Wałbrzychu stoją już nowe bloki Mieszkania+, kolejne pojawią się niedługo w Zgorzelcu czy Wrocławiu, mimo że we wszystkich tych miastach dziesiątki czynszówek wymagają pilnych remontów. W stolicy Dolnego Śląska na początku tego roku w pożarach spowodowanych prawdopodobnie wadliwą instalacją grzewczą w starych budynkach zginęło aż osiem osób.
  • Znacząco należałoby zwiększyć zatrudnienia w urzędach konserwatorskich, których 35 delegaturom wojewódzkim po prostu brakuje kadr i funduszy. Służby konserwatorskie powinny być merytorycznym wsparciem dla właścicieli, doradzać im w pozyskiwaniu dotacji, utrzymaniu i remontach, a nie tylko weryfikować dokumentację. Dziś rolę konsultacyjną poprzez różne szkolenia stara się pełnić Narodowy Instytut Dziedzictwa i jego regionalne filie, ale zaangażowanie państwa powinno się zwiększyć.
  • Warto byłoby powołać specjalną, centralną instytucję dbającą o najważniejsze dziedzictwo na wzór brytyjskiej English Heritage Trust, opiekującej się ponad 400 zabytkami, w tym Stonehenge czy fragmentami wału Hadriana. Byłby to ratunek dla popadających dziś w ruinę rezydencjami, które mogłyby zostać udostępnione do zwiedzania, podobnie jak w Czechach robi to państwowy Národní památkový ústav. Źródłem funduszy mogłyby być m.in. dotacje państwowych firm, środki budżetowe czy też wsparcie z loterii w ramach Funduszu Promocji Kultury. Byłaby ona uzupełnieniem długo oczekiwanego i powołanego w zeszłym roku Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków (NFOZ), który ma udzielać dotacji. Nowa instytucja mogłaby także odciążyć samorządy czy organizacje pozarządowe wielkim wysiłkiem utrzymujące niekiedy olbrzymie nieruchomości. Tak jest choćby w Kamieńcu Ząbkowickim, gdzie pałac Marianny Orańskiej finansuje niewielka gmina, czy w Lubiążu, gdzie największym klasztorem cysterskim w Europie opiekuje się fundacja. Przejście tych budynków pod kontrolę państwa pozwoliłoby zapewnić ciągłość finansowania, odpowiednią promocję czy wykwalifikowane kadry.
  • Dziedzictwo jest w Polsce umieszczone nierównolegle, podobnie jest ze stanem zachowania budynków, który najbardziej alarmujący jest na terenie tzw. Ziem Odzyskanych. Wiele budynków jest już straconych, ale ciągle możemy uratować unikalne zespoły pałacowe (Bożków, ciągle na sprzedaż), kamienice mieszczańskie, osiemnastowieczne karczmy, czy dziedzictwo industrialne. Wymagają one specjalnego wsparcia, być może funduszu celowego, na wzór Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa czy szczególnego programu w ramach NFOZ. Warto tu przy okazji podkreślić fakt smutnej niesprawiedliwości w opiece nad zabytkami, bo krakowski Fundusz dysponuje środkami rzędu 30 milionów złotych rocznie wobec 120 milionów na CAŁY KRAJ w budżetach urzędów konserwatorskich.
  • Podobny fundusz celowy powinien zostać przeznaczony na utrzymanie świeckiej architektury drewnianej. Jej zagłada, podobnie jak wielu budynków na Dolnym Śląsku, to powód do wyjątkowego wstydu. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, ze szczególnym uwzględnieniem czasu po transformacji, niemalże całkowicie wytępiono drewnianą zabudowę w centralnej Polsce, południe i wschód trzymają się niewiele lepiej. Na początku zniknęły drewniane karczmy, czynszówki (Bródno, Bojary białostockie), później prywatne domy. To co wyróżniało polską wieś dziś jest rzadkością, a żeby zobaczyć najbliższe drewniane wsie musimy jechać na Białoruś czy… do Norwegii. Ale o tym już w kolejnym wpisie.

Zabić zabytki. Część pierwsza.

Prawie każdy turysta, którego oprowadzałem po Polsce zwraca uwagę na zapuszczenie kamienic, zabytkowych dworców i pałaców. Na ich stopniowe opadania w niebyt, podczas gdy, także i w mniejszych miejscowościach, obok stoją nowe osiedla, sklepy, hipermarkety czy gmachy sądów. Na walące się kamienice Woli, Pragi, legnickiego Zakaczawia czy wrocławskiego Nadodrza, podczas gdy my, przewodnicy, smutnym głosem opowiadamy o wartości tych ostańców przedwojennej zabudowy. Opowiadamy o reprywatyzacji, trudnej sytuacji własnościowej, o braku koniecznych remontów w czasach PRLu, o braku pieniędzy, ale w zasadzie powinniśmy powiedzieć, że my w Polsce zabytków nie lubimy. Albo, że przynajmniej polskie państwo, ludowe czy demokratyczne, tych zabytków nie lubi. Najpierw były powojenne, często bezsensowne wyburzenia i odbudowa kilku najważniejszych miast przy jednoczesnej katastrofie mniejszych ośrodków w których w miejscu w miarę dobrze zachowanych starych miast wylądowały obce, biedamodernistyczne bloki. Potem głód mieszkaniowy i dalsza rozbudowa miast z wielkiej już płyty, która pozostawiła mieszkających w starszej zabudowie bez centralnego ogrzewania, z łazienkami na korytarzach. No i wreszcie transformacja, reprywatyzacja, kuratorzy z Karaibów, zdejmowanie dachów, ale też ostateczna śmierć kamienic, które bez stosownego utrzymania mogły wytrzymać 70 lat, ale 71 był już zabójczy. Brak pomysłu na ratunek zabytkowych dzielnic i stopniowe ich wyludnianie się i częsta u nas wymuszona suburbanizacja, bo jak romantyzm starej zabudowy przegrywa z liszajem na korytarzu i pękającymi ścianami. Tak jest w Ornecie, Opatowie, Stargardzie, ale i Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu. Niezależnie, czy w mieście zarabia się minimalną krajową, średnia, czy maksymalną. Nowymi tynkami wyróżniają się tylko centra kultury za unijne środki, gospodarniejsze wspólnoty mieszkaniowe, co postawiły na styropian (choć schody butwieją jak dawniej) i kościoły, bo jak np. Dolny Śląsk ma w budżecie około 100 złotych na każdy zabytek to pewnie lepiej ratować, to co często najcenniejsze i jeszcze w ciągłym użyciu. Reszta odchodzi, przy wtórze młotów rozbiórkowych, tak jak kiedyś ironizowano na plakacie właśnie z Dolnego Śląska, „nie do zobaczenia, do wyburzenia.” Czasem trafi się pasjonat-samobójca, co z pałacu będzie chciał zrobić hotel czy dom, ale częściej taki, który pałac przemieni w dobry, popałacowy grunt pod komis czy osiedle. Państwo temu pierwszemu wyślę kontrolę konserwatora, który zakaże jakiejkolwiek ingerencji we wnętrza, ten drugi poleconym dostanie wuzetkę na komis czy osiedle. Pasjonat dostanie wytyczne do remontu i po wyliczeniu kosztów wywiesi tabliczkę „sprzedam”, deweloperowi podarują nowych klientów z dopłatą rządowego programu. Albo, po interwencji miejscowych społeczników, pogrożą palcem i wlepią mandat karny w wysokości złotych 400.