Kamień odrzucony przez budujących

Kilka dni temu wróciłem z Jerozolimy. To jedno z moich ulubionych miast, w którym zabudowa ostatnich trzech tysięcy lat nakłada się na siebie, nawarstwia, tworząc różne poziomy odczytywania miasta. W staromiejskiej dzielnicy żydowskiej, zburzonej przez Jordańczyków i odbudowanej po wojnie sześciodniowej z 1967 roku, odkryto m.in. fragmenty muru z VIII wieku p.n.e. oraz bizantyjskiego Cardo, północno-południowej osi miasta. Podobnie jak na warszawskiej Starówce zniszczenie stało się szansą dla archeologów, którzy spod ruin wydobyli relikty przeszłości, gdzie indziej stanowiące już fundamenty. Kawałek dalej, w podziemiach soboru Aleksandra Newskiego, tuż obok Bazyliki Grobu, można zobaczyć fragmenty muru z czasów herodiańskich (I w. p.n.e.),  można też przejść się po oryginalnym bruku sprzed dwóch tysięcy lat. Wszystko dokładnie konserwowane, czyszczone, ale niepozbawione patyny, która pozwala na dialog z mieszkańcami, miasta Dawida, Jeruszalajm, Aelii Capitoliny, al-Quds, Ierusalem.

Po powrocie oglądam zdjęcia z remontowanego niedawno gotyckiego kościoła w Chełmna (dzięki uprzejmości dra hab. Juliusza Raczkowskiego), jak na polskie warunki starego, na jerozolimskie ledwo dojrzałego. To smutne zdjęcia, w zasadzie dokumentacja przestępstwa, wykroczenia przeciwko przeszłości, popełnionego za grube pieniądze z dotacji. Dosztukowana maszynowa cegła, nie licująca z oryginalną, zagrzybione już świeże tynki i lśniąca, „funkcjonalna” posadzka z sali weselnej „Zbyszko”, glazuropodobne okropieństwo. Dokumenty już podpisane, „rewitalizacja” zakończona, choć raczej porażką, bo stare kamienie już nie ożyją, kończąc na składowisku gruzu. Poza grupką zażenowanych dewastacją społeczników, konserwatorów nikt nie podniesie larum. Proboszcz i parafianie pewnie zadowoleni, bo przecież stara posadzka się zuzyła, wyżłobiły ją nogi wiernych przez wieki odwiedzających świątynię. Teraz jest gładka, bezpieczna, zgodna z normami. Taka jak wszędzie, bo takie „rewitalizacje” przechodzą kolejne kościoły, w Zwoleniu, Łowiczu, nawet w Toruniu, w stolicy polskiej konserwacji zabytków.

Za grube, często unijne środki postępuje urawniłowka, która wcześniej pozostawiła rynku wybetonowane, wygranitowane, pozbawione drzew. Im więcej pieniędzy tym gorzej, bo jeśli zabrakło kilku milionów złotych na chiński granit, to można było przynajmniej uchronić oryginalny bruk, może nie tak stary jak jerozolimski, ale przecież w polskich miastach, tyle razy zrównanych z ziemią, ważny, niemy świadek historii, targów, demonstracji, często tragedii Żydów.  Zrewitalizowane, martwe, puste place przestały mówić, może przywiezione z dalekich krajów nie znają języka, może też nie mają do kogo mówić, bo mieszkańców spotkać można już tylko w pobliskiej galerii handlowej.

Niektóre kamienie się jednak nie poddają, wychodzą spod ziemi, wyrywają się niewoli asfaltu. Tak jak w Boguszowie-Gorcach pod Wałbrzychem, gdzie właśnie rozpoczyna się remont drogi wojewódzkiej wiodącej przez środek miasta. Ściągnięto już warstwę ścieralną nawierzchni, a pod nią ukazał się idealnie zachowany, niemiecki bruk. Przez lata pokazywał się w dziurach, które powstawały właśnie na skutek nierównej podbudowy. Asfalt, żwir i smoła nie dały rady, on, wieczny kamień ułożony rękami dawnych mieszkańców nie poddał się czołgom, tirom, samochodom. Leży tam może sto, dwieście lat, pięć, sześć pokoleń. Całe szczęście drogowcy mają mały budżet, znowu przykryją go czarną pierzyną, ułożą do snu. Za kilkanaście lat znowu obudzą, może wtedy wrócą z młotami i koparkami, a on, bezbronny, skończy na cmentarzysku, obok pustaków, gazobetonu i papy, smutnych świadków naszych obliczonych tylko na chwilę czasów. Znowu trzeba będzie się wybrać do Jerozolimy, dotknąć teraz zimnego wapienia, którego dotykali Izraelici, Żydzi, Rzymianie, Arabowie, Turcy, Osmanie, Brytyjczycy. Albo bliżej, do Berlina, do Pragi, do Wiednia, gdzie kamienie miały więcej szczęścia, a ludzie rozumu.