Polskie Dziedzictwo. Część 2

Mamy w Polsce największy na świecie klasztor cystersów, zespół większy od Wawelu, czy Zamku Królewskiego w Warszawie. Dolnośląskie opactwo w Lubiążu to budynek gigant, o 300 salach, kilometrach korytarzy i kilkuhektarowym dachu, które mogłoby być jednym z turystycznych skarbów Polski. Nie jest, bo na jego utrzymanie miast milionów jest najwyżej kilkaset tysięcy dotacji, a na co dzień opiekuje się nim niewielka fundacja. Chciała Lubiąż oddać skarbowi państwa, ale ten zwleka, bo to nowa odpowiedzialność, nowi pracownicy, słowem odezwiemy się do państwa. To tylko jeden z licznych przypadków zaprzepaszczenia polskiego dziedzictwa, które opisywałem w poprzednim wpisie (http://ablogeracja.pl/?p=66). W skrócie zabytki, jak jeszcze istnieją, należą do dziesiątek instytucji, bardziej lub mniej kompetentnych, jedne są na utrzymaniu wiejskich gmin, inne najbogatszej w kraju metropolii i tak dalej, i tak dalej. Pisałem, że nie musi tak, być, dzisiaj więc pokaże Wam jak to robią inni i czego można się od nich nauczyć.

Przykład 1. English Heritage (EH).

Jeśli byliście kiedyś w Londynie, to możecie kojarzyć charakterystyczne, niebieskie tablice na budynkach, które informują nas, kto w danym domu żył, albo co tu się ważnego zdarzyło. Fajny system, bo spójny dla całego miasta, ale opieka nad nim to tylko ułamek działalności najciekawszego chyba systemu mecenatu państwa nad dziedzictwem, czyli English Heritage. W obecnej formie istnieje od niedawna, bo od 2015 roku, a formalnie to jedna z największych fundacji na Wyspach, która ma, uwaga, milion trzysta tysięcy członków. Słowem jakieś dwa procent ludności Zjednoczonego Królestwa płaci składkę członkowską (membership), która wynosi obecnie 60 funtów dla dorosłego ROCZNIE. Co w zamian? Bezpłatny wstęp do ponad 400 miejsc, którymi zarządza English Heritage, czyli do pałaców, zamków, czy też na Wał Hadriana, który znajduje się na liście UNESCO. Fundatorem EH jest państwo i to ono dba o najwyższy poziom działalności, jest więc wspólna służba konserwatorska, są bardzo dopracowane programy edukacyjne, które oparte są na ogólnokrajowych przemyśleniach. Przecież wiele wyzwań jest wspólne dla setek budynków/muzeów, co widać nawet na bardzo podstawowym poziomie: łatwiej i taniej wypracować, jeden, dobry sposób składania katalogu, niż zatrudniać setki grafików w wielu instytucjach. Na koniec dodam, że English Heritage prowadzi też bardzo ciekawy program udostępniania zabytkowych budynków na noclegi. W tym celu pozyskują np. zagrody pasterskie, remontują je zgodnie z zasadami sztuki, a potem wynajmują, a z zysków utrzymują mniej dochodowe budynki. Więcej o tym tutaj: https://www.english-heritage.org.uk/visit/holiday-cottages/

Przykład 2. National Park Service.

Jak słyszycie park narodowy, to pewnie przychodzą Wam do głowy drzewa i góry. Mi też, ale to dlatego, że urodziłem się w Europie. W Ameryce oraz na przykład Bliskim Wschodzie status parku narodowego może mieć też zabytek, czy, i to szczególnie ciekawe, historyczne wydarzenie, czy kulturowy fenomen. Parkiem narodowym w Stanach jest więc oczywiście Yellowstone, ale też dom Martina Luthera Kinga i jego okolice, spora część centrum Filadelfii ze względu na tamtejsze wydarzenia czasu amerykańskiej rewolucji i kawałek Nowego Orleanu, gdzie można odwiedzić park narodowy jazzu. Nad wszystkimi tymi miejscami czuwają rangerzy, czyli strażnicy, pracownicy federalnej Służby Parków Narodowych. Co ważne, mimo, że noszą oni mundury i broń (welcome to the USA) to są świetnie wyszkoleni wiedzowo, i tak, w zależności od typu parku, są rangerzy-przyrodnicy i rangerzy-historycy. Za ich przygotowanie odpowiada państwo na najwyższym szczeblu, czyli Departament Spraw Wewnętrznych, więc nie ma, że jeden stan ma na zabytki i parki pięć dolarów, a drugi pięć milionów. To zbyt ważne zasoby, żeby się nimi przerzucać, a przecież dokładnie tak jest u nas w przypadku Lubiąża.

Przykład 3. Národní památkový ústav.

Przykłady pierwszy i drugi łatwo zbić argumentem, że to Wielka Brytania, że Stany, że setki milionów, że nie było zaborów i komuny etc. Pomijając już fakt absurdu części tych argumentów, a także to, że u nas sporo zasobów się marnuje, bo ich dystrybucja jest fatalna, to powiem po prostu Czechy. Znany chwyt, działający w przypadku np. ochrony zdrowia, czy transportu publicznego, działa też tu: Czesi pokazują, że w stosunkowo podobnych warunkach jak polskie, da się. To da się nazywa się Národní památkový ústav, działa od 2003 roku i jest stosunkowo podobne do English Heritage. Czyli też zarządzają najważniejszymi zabytkami w kraju (choć jako instytucja, nie fundacja), a do tego, jak kiedyś w Wielkiej Brytanii, prowadzą rejestr zabytków oraz merytorycznie wspierają właścicieli zabytków. Tę ostatnią funkcję w Polsce wypełnia z dużymi sukcesami Narodowy Instytut Dziedzictwa, który wydaje całkiem fajne poradniki, czy prowadzi szkolenia. Niestety kompetencje NIDu tylko potwierdzają jaki w polskim systemie ochrony dziedzictwa mamy bajzel. Czy NID zarządza jakimiś zabytkami, chociaż przecież jest merytorycznie przygotowany? Skądże. To może prowadzi ewidencję? Nie, to robią rządowe służby konserwatorskie poprzez skrajnie niedofinansowane urzędy wojewódzkie, chociaż to właśnie NID od dekad ma całe archiwum informacji o poszczególnych zabytkach. Instytut więc doradza i choć robi to dobrze, to wygląda na to, jakby ustawodawca chciał mieć ciastko i zjeść ciastko, czyli powołać nowe ciało, ale niespecjalnie odbierać komuś innemu kompetencje.

 

Czas na Polskie Dziedzictwo

Te trzy przykłady pokazują, że może działać, i to moim zdaniem działać dobrze, rządowa instytucja odpowiedzialna za kluczowe dziedzictwo kraju. Instytucja wyznaczająca standardy i likwidująca problem rozmytej, bo rozłożonej na setki podmiotów odpowiedzialności za zabytki. Tworząc jeden poważny budżet na utrzymanie publicznego dziedzictwa można byłoby też położyć kres patologii polskiego systemu dotowania renowacji zabytków. Teraz, prócz oczywistego problemu niedofinansowania, do jednego konkursu stają publiczne instytucje i prywatnych właścicieli. Często gros środków zgarniają i tak utrzymywane ze wspólnych pieniędzy muzea, a prywatna reszta zostaje na lodzie. Taka nowa instytucja to też jedyna szansa dla wielu zabytków obecnie opuszczonych, których gminy nie są w stanie utrzymać, a potencjalni inwestorzy woleliby przypadkowy pożar i pozwolenie na rozbiórkę, niż jakiekolwiek prace remontowe. Mecenatem państwa można byłoby więc objąć nie tylko Lubiąż, ale też na przykład unikatową, drewnianą, dawniej żydowską karczmę w podbieszczadzkiej Górzance.  Tylko, czy gdy trzeba sprostać wyzwaniom katastrofy klimatycznej, a na horyzoncie wyludnienie kraju i zapaść systemu emerytur ktokolwiek będzie chciał się zajmować zabytkami przeszłości?