Zabić zabytki. Część pierwsza.

Prawie każdy turysta, którego oprowadzałem po Polsce zwraca uwagę na zapuszczenie kamienic, zabytkowych dworców i pałaców. Na ich stopniowe opadania w niebyt, podczas gdy, także i w mniejszych miejscowościach, obok stoją nowe osiedla, sklepy, hipermarkety czy gmachy sądów. Na walące się kamienice Woli, Pragi, legnickiego Zakaczawia czy wrocławskiego Nadodrza, podczas gdy my, przewodnicy, smutnym głosem opowiadamy o wartości tych ostańców przedwojennej zabudowy. Opowiadamy o reprywatyzacji, trudnej sytuacji własnościowej, o braku koniecznych remontów w czasach PRLu, o braku pieniędzy, ale w zasadzie powinniśmy powiedzieć, że my w Polsce zabytków nie lubimy. Albo, że przynajmniej polskie państwo, ludowe czy demokratyczne, tych zabytków nie lubi. Najpierw były powojenne, często bezsensowne wyburzenia i odbudowa kilku najważniejszych miast przy jednoczesnej katastrofie mniejszych ośrodków w których w miejscu w miarę dobrze zachowanych starych miast wylądowały obce, biedamodernistyczne bloki. Potem głód mieszkaniowy i dalsza rozbudowa miast z wielkiej już płyty, która pozostawiła mieszkających w starszej zabudowie bez centralnego ogrzewania, z łazienkami na korytarzach. No i wreszcie transformacja, reprywatyzacja, kuratorzy z Karaibów, zdejmowanie dachów, ale też ostateczna śmierć kamienic, które bez stosownego utrzymania mogły wytrzymać 70 lat, ale 71 był już zabójczy. Brak pomysłu na ratunek zabytkowych dzielnic i stopniowe ich wyludnianie się i częsta u nas wymuszona suburbanizacja, bo jak romantyzm starej zabudowy przegrywa z liszajem na korytarzu i pękającymi ścianami. Tak jest w Ornecie, Opatowie, Stargardzie, ale i Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu. Niezależnie, czy w mieście zarabia się minimalną krajową, średnia, czy maksymalną. Nowymi tynkami wyróżniają się tylko centra kultury za unijne środki, gospodarniejsze wspólnoty mieszkaniowe, co postawiły na styropian (choć schody butwieją jak dawniej) i kościoły, bo jak np. Dolny Śląsk ma w budżecie około 100 złotych na każdy zabytek to pewnie lepiej ratować, to co często najcenniejsze i jeszcze w ciągłym użyciu. Reszta odchodzi, przy wtórze młotów rozbiórkowych, tak jak kiedyś ironizowano na plakacie właśnie z Dolnego Śląska, „nie do zobaczenia, do wyburzenia.” Czasem trafi się pasjonat-samobójca, co z pałacu będzie chciał zrobić hotel czy dom, ale częściej taki, który pałac przemieni w dobry, popałacowy grunt pod komis czy osiedle. Państwo temu pierwszemu wyślę kontrolę konserwatora, który zakaże jakiejkolwiek ingerencji we wnętrza, ten drugi poleconym dostanie wuzetkę na komis czy osiedle. Pasjonat dostanie wytyczne do remontu i po wyliczeniu kosztów wywiesi tabliczkę „sprzedam”, deweloperowi podarują nowych klientów z dopłatą rządowego programu. Albo, po interwencji miejscowych społeczników, pogrożą palcem i wlepią mandat karny w wysokości złotych 400.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *