Polskie Dziedzictwo, czyli jak sensowniej zarządzać naszymi zabytkami

Koniec roku to dla wielu czas podsumowań i podejmowania zobowiązań na kolejny rok. Jak podsumować sprawy dziedzictwa kulturowego w 2019 roku? Że wyremontowano x kamienic w x miastach? Że otwarto nowe muzea, w tym zaledwie kilka dni temu Muzeum XX. Czartoryskich? Ale przecież w tym samym czasie dokonało żywota x+100 kamienic i innych zabytków, w których nigdy już nie otworzy się żadne muzeum. Właśnie tak jak w dawnych zakładach lniarskich Websky, Hartmann & Wiesen AG w dolnośląskim Walimiu, które dwa tygodnie temu się, nomen omen, zawaliły. Podsumować więc trudno, bo zasadniczych zmian nie było, a ochrona polskiego dziedzictwa jest, jak od lat, dziurawa. Może więc jakieś zobowiązanie? Uważam, że potrzebujemy zupełnie nowego podejścia do zabytków i pewnie nowej ustawy (o kilku postulatach pisałem m.in. Tu: http://ablogeracja.pl/?p=21), ale to rzecz pewnie na lata, przy priorytetach naszej polityki, podobnie jak prawie każdej, traktującej dziedzictwo jako rodzaj zbędnej ozdoby, może nawet niemożliwa do spełnienia. Czeka nas więc metoda drobniejszych kroków i jeden pomysł-zobowiązanie na 2020 rok, którym chciałbym się podzielić. To wizja nowej organizacji pod roboczą nazwą „Polskie Dziedzictwo”, która, na wzór brytyjskich i czeskich odpowiedników, miałaby przejąć pieczę nad najważniejszymi obiektami narodowego dziedzictwa. Żeby zrozumieć dlaczego uważam taką organizację za potrzebną, spójrzmy na kilka problemów obecnego zarządzania zabytkami. Doprecyzuję, że chodzi mi tu o te w mecenacie samorządu i państwa, bo żeby na serio zająć się tymi w gestii prywatnej czy kościelnej potrzebujemy wspomnianych wyżej zmian systemowych.

Problem 1. Nieuporządkowana własność.

Osoby zaangażowane w przygotowanie reformy samorządowej w 1999 roku często opowiadają, że rywalizowały wtedy ze sobą dwa środowiska – ci, którzy stawiali na silne samorządy i ci, którzy preferowali zarządzanie centralne. Strony nie doszły do pełnego porozumienia i dlatego mamy kompromisowy system mieszany, w którym przy dość dużych kompetencjach samorządów istnieje kontrola państwa, najlepiej widoczna w zdublowaniu administracji wojewódzkiej (czyli marszałek i wojewoda, wyznaczany przez premiera). O ile jednak w przypadku administracji można mówić o autonomii instytucji wzmacniającej demokrację, to w przypadku zabytków widoczny jest po prostu brak pomysłu na opiekę nad naszym wspólnym dziedzictwem. Zabytkowe pałace, rezydencje czy zamki podlegają albo ministrowi kultury albo lokalnemu samorządowi, temu i temu jednocześnie, rządowym agencjom (vide Baranów Sandomierski w rękach Agencji Rozwoju Przemysłu, sic), wojsku (poprzez Agencję Mienia Wojskowego), czy państwowym spółkom. To częściowo spadek po PRLu, ale po trzech dekadach po jego upadku już naprawdę najwyższy czas na zmiany.

Problem 2. Niejasne lub luźne powiązania

Kontynuując temat chaosu organizacyjnego warto też wspomnieć o zgubnym, moim zdaniem, systemie filii muzealnych. Chodzi o sytuację takich miejsc jak Pałac Radziwiłłów w Nieborowie, jeden z najlepiej zachowanych barokowych gmachów w centralnej Polsce, który podlega oddalonemu o prawie 90 kilometrów Muzeum Narodowemu w Warszawie. Taka sytuacja jest obciążeniem dla obydwu stron, bo niedoinwestowane Muzeum Narodowe rzadko znajduje środki dla nieborowskiej filii, a do załatwienia prostych, urzędowych spraw trzeba wysyłać kuriera. Inny przykład, całe szczęścia od roku już nieaktualny, to kuriozalny status terenów byłego obozu Zagłady w Treblince, który podlegał Muzeum Regionalnemu w Siedlcach (dziś to samodzielna instytucja). Tak, drugi największy obóz śmierci powstały na terenie okupowanej Polski, w którym zginęło około 900 tysięcy Żydów był domeną niewielkiego, nieco prowincjonalnego muzeum, podczas gdy terenami Auschwitz Birkenau opiekują się setki pracowników państwowej instytucji z międzynarodową radą. Ot, taki mamy system.

Problem 3. Mnożenie bytów.

W sytuacji gdy każdego roku tracimy kolejne zabytki, a na remonty istniejących jest zawsze za mało pieniędzy mamy całkiem sporo instytucji, które dublują swoje zadania. Takim przykładem są, skądinąd lubiane przeze mnie, skanseny w Nowym Sączu i Sanoku, które dzięki unijnemu wsparciu zbudowały na swoim terenie Miasteczka Galicyjskie. Nie należę akurat do grona licznych krytyków samej idei (bo po skutecznym unicestwieniu drewnianej zabudowy rynkowej potrzebujemy takiej edukacyjnej rekonstrukcji), ale czy naprawdę mamy tyle pieniędzy na ochronę dziedzictwa, że możemy pozwolić sobie na jej dublowanie? Na razie dublujemy, bo instytucje działają zupełnie niezależnie, a ich organizatorami są marszałkowie małopolski i podkarpacki. Drugi przykład, szczególnie mi bliski, to opieka nad synagogami. Tych w miarę dużych i dość dobrze zachowanych są w Polsce dziesiątki i znowu dzięki unijnym wsparciu części z nich udało się nadać nową funkcje. Powstały więc m.in. Muzeum Żydów Mazowieckich w Płocku i Świętokrzyski Sztetl w Chmielniku. Niby super, obydwie synagogi, dawniej opuszczone, można teraz zwiedzać, a muzea prowadzą działalność edukacyjną. Rzecz w tym, że wątpię, żebyśmy dla każdej synagogi musieli wymyślać nową ekspozycję o judaizmie i historii Żydów polskich, bo ona aż tak regionalnie się nie różni. Do tego czas wielkich unijnych środków na remonty zabytków i tworzenie nowych struktur się kończy i tu pomógłby wspólny zarząd.

Problem 4.  Dziedzictwo w ruinie.

Skoro o opuszczonych synagogach mowa, warto wspomnieć o oczywistości, czyli ile z naszego dziedzictwa materialnego przemieniło się w stos cegieł. Przyczyn są dziesiątki, od wieloletniego zapuszczania, przez brak szacunku do dziedzictwa (bo ile w Polsce takich osób, które mają coś dłużej niż dwa pokolenia?) po głupie decyzje prywatyzacyjne lat 90. Jest jednak jak jest i teraz zajmijmy się tym, jak coś jeszcze uratować. Na przykład na takim Dolnym Śląsku (czy szerzej, Ziemiach Zachodnich i Północnych), gdzie zabytków jest najwięcej w kraju. Że wszystkich pałaców nie przemieni się na hotele, a szachulcowych zajazdów na pensjonaty, to wiadomo, poważnie zastanówmy się co da się jeszcze uratować. Tej trzeźwej analizy brakuje mi najbardziej, bo ciągle żyjemy wiarą, że wszystko się da uratować. Otóż nie, już się nie da, a być może nigdy się nie dało, bo przy takim zagęszczeniu rezydencji na Śląsku, w Lubuskiem czy na Pomorzu remonty były i są ponad siły państwa i jego obywateli. Czeka nas trudna, ale nieunikniona decyzja, co jest najbardziej unikalne, co najbardziej wartościowe i to dzięki mecenatowi państwa będziemy mogli poddać renowacji i udostępnić do zwiedzania.

Problem 5. Małe gminy, duże zabytki.

Jak był Dolny Śląsk, to koniecznie muszę opowiedzieć o Kamieńcu Ząbkowickim i Pałacu Marianny Orańskiej. Być może znacie ten dziewiętnastowieczny pałac (powstawał pod nadzorem berlińskiego architekta Karla Schinkla) i który rozmiarem może mierzyć się choćby z Zamkiem Królewskim w Warszawie. Do niedawna był ruiną należącą do „inwestora”, który jak wielu innych właścicieli zabytków inwestował tylko w jego upadek. Sześć lat temu pałac przejęła więc gmina i z sukcesami, krok po kroku, prowadzi prace remontowe. Nie mam złudzeń, że kamieniecka rezydencja wróci do swej pierwotnej chwały, ale doceniam, że gmina mająca 8200 mieszkańców podjęła się tego zadania. Ten heroizm jednak tylko potwierdza jak marny jest nasz system, w którym wójt musi się zastanowić, czy inwestować w opiekę dla seniorów, czy wkład własny przy wymianie setek drewnianych okien pałacowych, a państwo stoi biernie z boku.

Problem 6. Dzierżawa kluczowego dziedzictwa.

Na samym początku pisałem o problemie własności i na koniec do niego wrócę. Niemal każda duża rządowa agencja, czy państwowa spółka ma w swoim „portfelu” jakiś zabytek. Niektóre zamki, inne zabytkowe, lecz nieużywane dworce, zamienione na mieszkania, wreszcie są tacy, którzy mają bunkry. A dokładniej setki schronów, tuneli i umocnień, takich jak Wilczy Szaniec w Gierłoży, czy sztolnie w Walimiu, które należą do Lasów Państwowych. Leśnicy mają swoje własne zadania i problemu, te bardzo popularne wśród turystów miejsca więc dzierżawią firmom. Ostatnio było sporo zamieszania tak wokół dawnej kwatery Hitlera w Gierłoży jak i walimskiego Olbrzyma (o ciągle nie do końca znanym przeznaczeniu), wymówiono umowy i być może coś się tam zmieni, ale sam fakt kompletnego braku pomysłu państwa na tak ważne zabytki jest nieco żenujący. Doceniam wysiłek dzierżawców, często lokalnych pasjonatów, ale te miejsca wymagają wielomilionowych nakładów na badania i zabezpieczenie oraz sprawdzonych informacji. To mógłby zapewnić państwowy mecenat, który wyjmowałby kluczowe dziedzictwo spod reguł rynkowych, które doprowadziły np. do organizowania w Wilczym Szańcu pojedynków paintballowych.

Znamy problemy, teraz czas na dobre praktyki, które pomogą nam wypracować odpowiedni model mecenatu państwa. Ich przykłady wraz z projektem nowej organizacji Dziedzictwo Polskie znajdziecie w kolejnym wpisie już za kilka dni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *